Wydarzenia Wielkanocne, na które warto się wybrać!

Wielkimi krokami zbliżają się Święta Wielkanocne, a z nimi trochę czasu wolnego. W sklepach panuje już zakupowa gorączka, na straganach roi się od bukszpanu, bazi i kolorowych pisanek do koszyczka wielkanocnego. Dla większości z nas będzie to czas przeznaczony dla rodziny. Wspominki rodzinnych historii, „leżakowanie”, oglądanie filmów i najprzyjemniejsze – wspólna biesiada przy stole! To zazwyczaj główne czynności w ciągu dnia.

Może w tym roku warto wprowadzić zmiany i trochę uaktywnić się w czasie świąt?

Proponujemy Wam kilka ciekawych wydarzeń „w okolicach Wielkanocy”, aby później z lżejszym sumieniem spalać poświąteczne kilogramy!

Prima aprilis w Centrum Nauki Kopernik

1 kwietnia to dzień przesadzony żartami. Nie do końca orientujemy się w którym momencie ktoś struga z nas wariata. Bezpieczną przystanią tego dnia będzie Centrum Nauki Kopernik w Warszawie, tam powinniśmy dostać prawdziwe informacje. Na miejscu odbędą się warsztaty z gwiazdozbiorotwórstwa oraz pokaz primaaprilisowy, poprowadzony przez prezenterów Nieba Kopernika. Bilety można zakupić online bądź na miejscu. Wstęp dla widzów od 15 roku życia!

Targ Wielkanocny w Krakowie

Zakupów nigdy dość! Krakowski Rynek Główny zaprasza na jarmark świąteczny już od godziny 10:00. Goście będą mogli przyjrzeć się produkcji tradycyjnych palm, pisanek czy haftów robionych przez twórców ludowych. O godzinie 12:00 wszyscy zgromadzeni krakowianie jak i turyści, będą zaproszeni do stołu wielkanocnego, przy którym odbędzie się święcenie koszyczków. Dodatkowo, na stoiskach będzie można kupić obrusy, swetry, biżuterię i wyroby z masy solnej.

Śniadanie wielkanocne dla samotnych w Warszawie

W Wielką Niedzielę każdy może zjeść w towarzystwie. Osoby, które z jakiegokolwiek powodu czują się w życiu samotne, zapraszamy na wspólny posiłek. Uczta zacznie się od modlitwy i błogosławieństwa. Na stole zagoszczą typowe potrawy tradycyjne tj. żurek, jajka, sałatki i słodkości. “Chcemy, by poszedł stąd impuls dla innych miast, że warto dzielić się z innymi, także swoim czasem i uwagą” – mówi Rykowski z Fundacji Wolne Miejsce, pomysłodawca akcji. Śniadanie odbędzie się przed Pałacem Kultury od strony ulicy Marszałkowskiej. Godzina 9:00

Sportowa Wielkanoc we Wrocławiu!

W tym roku mamy szansę spędzić święta nieco aktywniej! W Wielką Sobotę warto podnieść się z kanapy i na chwilę przerwać oglądanie telewizji. Trening to tylko 60 min w ciągu dnia. Akcja “Boot Camp” to seria ćwiczeń na świeżym powietrzu. Uczestniczyć w niej mogą osoby początkujące jak i sportowcy. Podczas zajęć nie tylko budujemy mięśnie, ale także wzmacniamy wytrzymałość i odporność organizmu. Wykonujemy pracę indywidualną i w parach.

“Świąt się nie boimy i w Wielką Sobotę rano ćwiczymy!” – to hasło sobotniej akcji.

Miejsce: Wyspa Bielarska, godzina: 10:00, prowadzący: Artur Śpik.

Duże sklepy w wielkanocną niedzielę oraz poniedziałek będą nieczynne. Ale 5 i 6 kwietnia 2015 otwarta będzie w zależności od decyzji właściciela większość sklepów sieci Żabka. Mają one pracować w godzi. 9.00-19.00.

5 i 6 kwietnia bêdzie czynne większość kin, także możemy wybrać się bez względu na pogodę , która ma być niezbyt wiosenna, ale “sorry, taki mamy u nas klimat”….

AO

Julia Ogrydziak – „polska Mozart”

Talent Mozarta, największego muzycznego geniusza, ujawnił się w wieku 3 lat. Tak samo było w przypadku polskiej skrzypaczki, kompozytorki i multimedialnej artystki Julii Ogrydziak.

Julia zaczęła grać na skrzypcach w wieku trzech lat. Gdy ukończyła szósty rok życia, po raz pierwszy wystąpiła solo. Występowała w całej Europie i Ameryce Północnej, m.in. na Schleswig-Holstein Musik Festival, Tanglewood i w Lincoln Center. Studiowała w Konserwatorium Muzycznym w San Francisco, New England Conservatory of Music oraz w Paryżu. Obroniła magistra z wyróżnieniem z kompozycji muzyki oraz z fizyki na Harvardzie. Na MIT (Massachusetts Institute of Technology) odebrała nagrodę AMITA dla najwybitniejszej absolwentki.

Julia Ogrydziak – „polska Mozart”

Zdrowe „Żarcie na kółkach” pod Stadionem Narodowym

Jest czas na pracę, jest i na odpoczynek. Jest czas na jedzenie, jest i na spalanie. By spalić kalorie, trzeba je najpierw nabyć. Odwiedziliśmy w sobotę zjazd food-trucków na błoniach Stadionu Narodowego w Warszawie, gdzie problem otyłości niknął wśród kulinarnego cudotwórstwa. Prawdziwe „Żarcie na kółkach”! Wielu kółkach…

Pogoda nie sprzyjała. Ciężkie chmury wisiały nad miastem. Silny wiatr próbował je przegonić. Bezskutecznie. Zerkałem z nudów przez okno autobusu linii 509 właśnie na te sine, masywne chmury. Wyglądały jak lody ulepione ze smogu. Byłoby to możliwe, zważywszy na kłęby spalin wydzielane przez samochody stojące w korku. Ulica Saska, prowadząca na Rondo Waszyngtona, coraz częściej przypomina zapchany zlew w starej garkuchni, której właściciel jest zbyt skąpy na wydanie kilku stów na zmywarkę. W każdym razie pocieszała mnie myśl, że już za kilka (lub kilkanaście…) minut zatopię zęby w jakimś tłustym burgerze. A miałem później z czego wybierać. Organizatorzy „Żarcia na kółkach” zadbali o kilkadziesiąt powodów, by dopuścić się grzechu obżarstwa.

Zdrowe „Żarcie na kółkach” pod Stadionem Narodowym

„Whisbear” – Szumiący Miś, który uśpi dziecko nawet, gdy ma kolkę

Gdy noc i dzień niemowlę męczy kolka, staje się to utrapieniem nie tylko samego malucha, rodziców, ale również dla sąsiadów w promieniu kilkuset metrów. Maluch następnego dnia jest niewyspany, a jego rodzice jeszcze bardziej. Sprawdzone, domowe sposoby nie działają – babcia radziła uruchomienie suszarki, której dźwięki przypominają te z brzucha mamy – efekt – krótkotrwała poprawa, później przepalony sprzęt. Płyty CD z muzyką uspokajającą dla dzieci też nie do końca rozwiązują problem. A skoro ‘potrzeba jest matką wynalazków’ – to świeżo upieczona mama znajdzie sposób na spokojny sen pociechy. Tak narodził się Whisbear, czyli Szumiący Miś, stworzony przez mamę trzech chłopców, Zuzannę Sielicką-Kalczyńską.

Przed powstaniem Whisbear, na rynku nie było dokładnie takiego rodzaju zabawki, który miałby właściwości uspokajające i pomagał dziecku w pozbyciu się kolki i spokojnym śnie. Owszem, w sprzedaży dostępne były zabawki odtwarzające rozmaite melodie, jednak to w żaden sposób nie rozwiązywało problemu rodziców. Powstał więc pomysł, by stworzyć oryginalnego misia, który posiadałby właściwości zbliżone do suszarki używanej przez mamy. Głównym założeniem zabawki było uspokojenie dziecka i dzięki temu pozwolenie mamie na chwilę oddechu. Na początku w zespole Whisbear, prócz Zuzanny Sielickiej-Kalczyńskiej, była również koleżanka, Anna Skórzyńska. Po pewnym czasie do teamu dołączyła jej siostra, Julia Sielicka-Jastrzębska.

Od pomysłu do realizacji ‘Szumiącego Misia’ minęło kilka lat

Koncepcja misia ewoluowała cztery lata, z powodu braku czasu u aktywnych zawodowo mam. Autorki projektu podkreślają, że Miś powstawał dosłownie po nocach. Problemu nie stanowił natomiast wizerunek zabawki. Mamy zakładały, że będzie to przytulanka inna niż wszystkie. Pierwszą wersję Misia zaprojektowała znajoma studentka ASP, Maria Czapska, zainspirowana rysunkami małych dzieci. Efektem jej pracy jest oryginalna zabawka o bardzo charakterystycznym, „głowonogim”, kształcie.

whisbear 2
Whisbear – Szumiący Miś

Jak stworzyć szumiące serce misia?

To pytanie zadawały sobie kreatorki zabawki. Ta czysto techniczna kwestia przysporzyła im najwięcej trudności. Szum musiał być bezpieczny dla słuchu dziecka, uspokajać go i usypiać. Poszukiwania okazały się owocne, po wielu próbach udało się znaleźć producenta gotowego do podjęcia tak nietypowego zadania.

‘Dzielne mamy’ zabrały się do testowania szumów, by wybrać te najlepsze, które zostałaby umieszczone w Szumiącym Misiu.

– Dostałyśmy z fabryki testowe urządzenie z nagraniami dwudziestu różnych szumów. Idealny nie mógł być zbyt piskliwy czy szeleszczący. Dobierałyśmy go metodą prób i błędów, sprawdzając działanie na sobie i naszych dzieciach – wspomina Sielicka-Jastrzębska.

A skoro Miś miał nie tylko ‘szumieć’, ale też być wyjątkową zabawką, która rozwija umiejętności dziecka, należało znaleźć osoby, które zadbają o jego końcowy wygląd.

Kto uszyje „Whisbear”?

Kolejne pół roku zajęło autorkom Misia znalezienie szwalni gotowej uszyć innowacyjną zabawkę. Kobiety często odsyłano z przysłowiowym ‘kwitkiem’ uznając ich zlecenie za zbyt pracochłonne i nieopłacalne. Gdy w końcu udało się znaleźć odpowiedni zakład, pierwsze kontrole jakości przeprowadzano w garażu teściów Zuzanny Sielickiej-Kalczyńskiej, gdzie na samym początku znajdował się ‘misiowy’ magazyn.

Wszystko ma swoją cenę

Stworzenie pluszowej zabawki okazało się bardzo kosztowne. Pomysłodawczyni Whisbear, była zmuszona wziąć kredyt pod zastaw mieszkania, a matryca mechanizmu symulującego dźwięk suszarki, ‘serce’ Misia, kosztowała 30 tysięcy zł. W sumie Mamy wydały 150 tysięcy zł. Jednak wiele wydatków udało się oszczędzić ze względu na umiejętności obu sióstr. Julia tworzy projekty graficzne, natomiast Zuzanna od wielu lat zajmuje się budowaniem marki w domu mediowym.

Miś rusza na podbój świata

Premiera Whisbear odbyła się we wrześniu 2014 roku. Autorki nie planowały innych działań marketingowych prócz Facebooka. Sądziły, że zabawka zyska na popularności w przeciągu roku. Media społecznościowe zrobiły swoje i informacja o innowacyjnej zabawce rozprzestrzeniła się niesamowicie szybko. Reakcja na projekt zatroskanych mam przerosła ich najśmielsze oczekiwania. Zakładały sprzedaż 30-40 misiów miesięcznie, a już na początku działalności otrzymywały zamówienia rzędu 8 sztuk dziennie.

Największą nagrodą są opinie rodziców

Na Facebooku Whisbear aż roi się od pozytywnych komentarzy rodziców. Wielu nie wyobraża sobie życia beż Misia, który przyniósł ulgę w sytuacjach kryzysowych całej rodzinie, a najbardziej maluchowi. Jak widać, determinacja i opór sióstr Sielickich przyniósł efekty. Niedługo otwierają showroom na Powiślu w Warszawie, planują rozszerzenie działalności o rynki skandynawskie. Być może dlatego, początkowy Szumiś, nazywa się teraz Whisbear. Jednak to w niczym nie przeszkadza. Miś jest tak uroczy, że z pewnością zaczaruje nie tylko maluchy :).

MM

Wielka uczta food trucków – 28-29 marca pod Stadionem Narodowym! [wywiad z organizatorką imprezy Anną Żurek]

Masa ludzi na ulicach, uśmiechnięte twarze i chęć do życia! To właśnie główne objawy rozpoczęcia wiosny! Każdy wiosenny weekend możemy przecież spędzić w inny kreatywny sposób. Tym razem 28 i 29 marzec Stadion Narodowy zaprasza wszystkich wielbicieli „jedzenia z samochodów”. Co to oznacza? To dwudniowa impreza polegająca na delektowaniu się przeróżnymi daniami z wszelakich zakątków świata! Na Błoniach Stadionu Narodowego stanie ok. 70 food trucków z jedzeniem. Dodatkowo będzie wiele innych atrakcji, dzięki którym łakomczuchy bez problemu spędzą tam cały dzień.

Co jeszcze czeka na nas na zlocie food trucków, gdzie zjeść najlepiej i jak później spalić dostarczone kalorie – o tym opowie nam Anna Żurek, organizatorka 6 już edycji “Żarcia na kółkach”.

Atina Olszewska: Skąd wzięła się idea stworzenia “żarcia na kółkach”?

Anna Żurek: Ja ogólnie zajmuje się bardzo różnymi wydarzeniami. Głównie muzycznymi, ale nie tylko. Dwa lata temu współpracowałam z klubem “Niedorzeczni” i wymyślaliśmy sobie wspólnie jakieś wydarzenia. Piknikowe, weekendowe czy rodzinne. Aż wpadliśmy na pomysł stworzenia czegoś “jedzeniowego”. Ale nie chcieliśmy żeby był to zwykły targ jedzenia. Przyszło mi do głowy żeby właśnie ściągnąć food trucki. Ich już było trochę na ulicy i też zainspirował mnie artykuł w Aktiviście.

A.O: A Ty miałaś wcześniej styczność z gastronomią?

A.Ż: Nie, nigdy nie miałam. Nawet nigdy nie byłam kelnerką. Zawsze zajmuje się tą drugą stroną – stroną organizacyjną.

A.O: Jak długo trwa już akcja z food truckami?

A.Ż: Działamy od dwóch lat, to już jest 6 edycja. W 2013 roku w sierpniu odbył się pierwszy zlot przy Moście Poniatowskiego (było wtedy 15 food trucków). Samochody rozstawiły się o godzinie 12:00, a już za chwilę pojawiły się wielkie kolejki. Po godzinie 16:00 musieliśmy zakończyć akcję, ponieważ nie było już towaru. Nikt kompletnie nie spodziewał się czegoś takiego! Po tak dobrym przyjęciu, wraz z Krzyśkiem Stelmachem, postanowiliśmy robić to cyklicznie. We wrześniu zorganizowaliśmy zakończenie sezonu i samochodów było już 35. W zeszłym roku natomiast 40.

10550851_612725188825985_1114037499099238812_n
Zjazd food trucków pod Pałacem Kultury w Warszawie

 

A.O: Gdzie zmieściło się 40 samochodów z jedzeniem?

A.Ż: Przenieśliśmy się pod Pałac Kultury i tam zrobiliśmy dwa duże zloty. Niestety, jak później się okazało pod pałacem również jest za mało miejsca. Dlatego w tym roku startujemy na Błoniach Stadionu Narodowego, gdzie zmieści się ogromna ilość food trucków.

A.O: Łatwo było zdobyć zezwolenie na tak duża imprezę pod Pałacem Kultury?

A.Ż: Pałac Kultury nie należy do miasta. My natomiast współpracujemy z projektem “Plac Defilad” i stworzyliśmy to razem. Na środku placu jest też fantastyczny duży stół przy którym wszyscy jedli i stworzyła się tam wymarzona atmosfera. Takie centrum miasta po prostu – to, czego w Warszawie nie ma.

A.O: Ile samochodów będzie tym razem na Błoniach?

A.Ż: Nie chcemy szarżować, dlatego max 70.

A.O: Ciężko będzie się zdecydować, który wybrać…

A.Ż: Dlatego dla ułatwienia wydarzenie podzielone będzie na 3 strefy. “Słodkości i kawa” , “Burgery” oraz “Kuchnie Świata”.

A.O: Nie uważasz, że panuje trochę stereotyp jedzenia na ulicy i starszych ludzi ciężej do tego przekonać?

A.Ż: Właśnie nie. Zauważyliśmy, że każdy zaczyna się przekonywać do jedzenia z samochodów. Myślę, że tworzymy duże wydarzenia, które trafiają do szerokiego grona odbiorców i staramy się aby jedzenie było pełnowartościowe.

A.O: Jacy ludzie najczęściej przychodzą na zloty?

A.Ż: Przychodzą wszyscy. To jest po prostu tak szeroki target jak w restauracjach. Pojawiają się rodziny z dziećmi, dziadkowie z wnukami, młodzież, a nawet osoby, które ubrane są bardzo elegancko.

2013
Poprzednie edycje festiwalu zgromadziły tłumy

A.O: Wszyscy food truckowcy dbają o dobrą jakość jedzenia?

A.Ż: Tak, oczywiście. Wszyscy dbają o swoich dostawców i mają stałe miejsca zamówień.

A.O: Jakiego rodzaju jest to jedzenie?

A.Ż: To jest slowfood, to nie jest fastfood. Jedzenie, które serwują nasze food trucki zrobione jest z wysokiej jakości produktów i nie czeka się na nie 3 minuty. Np. czas oczekiwania na burgera wynosi co najmniej od 10 minut, ale na pewno też nie czeka się tak długo jak w restauracji.

A.O: Jest jakaś szczególna kuchnia, która cieszy się największym powodzeniem?

A.Ż: Najpopularniejsze są burgery. Ogólnie z nimi jest najwięcej food trucków. Teraz również będzie około 20 samochodów tylko z burgerami. Natomiast rok temu ogromną furorę zrobiły pierożki chińskie “dim sum”, panowie mieli taki natłok pracy, że pod koniec dnia narzekali na ból rąk (śmiech). Kuchnia azjatycka jest również bardzo oblegana.

A.O: A jakie są ceny takiej kuchni azjatyckiej czy burgerów?

A.Ż: Ceny we wszystkich food truckach wahają się od 10 do 30 złotych. Nawet sushi da się kupić w takiej cenie.

A.O: Może ja też założę swojego food trucka…

A.Ż: (Śmiech)… to jest bardzo dobry biznes. Food trucki zakładają na prawdę bardzo różni ludzie. Kompletnie nie da się zdefiniować tej grupy, ponieważ są to np. byli pracownicy agencji reklamowych, którzy w pewnym momencie odrzucili komputery, kupili samochód i zaczęli gotować. Są to czasami fantastyczni kucharze, którzy postanowili otworzyć własny biznes.

10254023_640412039390633_3870991464692637837_n
Foodtruck na festiwalu “Żarcie na kółkach”

A.O: Czy jest w Warszawie jakiś food truck stacjonarny? Funkcjonujący przez cały rok?

A.Ż: Tak, na przykład w zagłębiach biurowców przy ul. Domaniewskiej. Tam właśnie stoją samochody na stałe. Ale ok. 70% food trucków znika poza sezonem. I tutaj mogę uchylić rąbek tajemnicy… My jako “żarcie na kółkach” już wkrótce będziemy działać również stacjonarnie. Jest to niewielkie miejsce, ale w bardzo dobrej lokalizacji w Warszawie. Oficjalnie chcemy to ogłosić tuż po zlocie, w najbliższy poniedziałek.

A.O: Czyli możemy spodziewać się zaopatrzenia “żarciem” podczas wakacji?

A.Ż: Już od 1 maja! I aż do końca września.

A.O: Jakie są największe gwiazdy food truckowe?

A.Ż: Na przykład Beef’N’Roll, to jeden z najlepszych burgerów w Warszawie. Tak samo B.B.Kings – burgerowcy z Łodzi, którzy wywołali taki szał pod Pałacem Kultury, że w pierwszy dzień sprzedali wszystko i musieli wyjechać.

10329191_613523488746155_2640028426007962658_n

A.O: W takim razie ich jedzenie musi być rajem dla podniebienia…

A.Ż: To są burgery, ale oni wyglądają bardzo efektownie. Odpowiednie osoby na odpowiednim miejscu.

A.O: Czyli niektóre foodtrucki szczególnie dbają o swój PR?

A.Ż: Tak, absolutnie. Akurat panowie z B.B.Kings to prawdziwi królowie burgerów. Wyglądają na harleyowców, mają długie brody (niektórzy goście mówią na nich “wikingowie”), są dobrze zbudowani, a najważniejsze dla nich to dobry kawał mięsa. Ich wóz to samochód terenowy i do tego przyczepa z ogromnym piecem na kotlety.

A.O: Z jakich miast, prócz Warszawy, przyjeżdżają inne food trucki?

A.Ż: Nigdzie nie ma ich tak dużo jak w Warszawie. W zeszłym tygodniu był zlot we Wrocławiu i podobno wyszedł super, zjawiło się 30 samochodów. Jest też kilka w Krakowie, Poznaniu, Łodzi i sporo na Pomorzu.

A.O: A są jacyś uczestnicy spoza Polski?

A.Ż: Do nas jeszcze nikt nie przyjechał. Ale jest food truck, który prowadzą Jamajczycy. Tyle, że mieszkają w Polsce. Albo Holendrzy, też mieszkający w Polsce.

A.O: I każdy z nich robi rodowite potrawy?

A.Ż: Tak! Każdy gotuje w smakach swojego państwa. Dlatego będzie tak wielki wybór kuchni.

1510445_679921198773050_1509532268477961319_n
W foodtruckach można spotkać nie tylko burgery – dostępne są takie specjały jak banany w czekoladzie czy naleśniki w niezliczonych kombinacjach.

A.O: Jakie nowe atrakcje czekają na gości podczas najbliższego zlotu?

A.Ż: Będzie bardzo ambitny program kulturalny; muzyczny, filmowy ale też galeryjny. Dla dzieci zapewniamy wiele gier i aktywne zajęcia. Tak na prawdę będzie to plenerowa, olbrzymia klubokawiarnia. Za każdym razem będziemy starali się aby zloty były bardziej atrakcyjne.

A.O: Ponoć w tym roku atrakcją ma być również bieżnia?

A.Ż: Tak, na stadionie będzie akcja PZU Półmaratonu Warszawskiego. Goście będą mogli korzystać z bieżni i za każdy przebiegnięty kilometr PZU wpłaci 10 złotych na rzecz Komitetu Praw Dziecka. U nas będzie można złapać kilka kalorii, a na bieżni je zrzucić!

A.O: W takim razie nic nam nie pozostało tylko jeść, a później na bieżni zrzucać kalorie!

A.Ż: I znowu jeść…

Syrma, Arrinera Husarya i youngtimery – polska motoryzacja wraca do łask

I to w dwojaki sposób: po pierwsze mamy coraz bardziej popularne youngtimery, czyli kultowe samochody kilkunastoletnie i starsze. Maluchy, Polonezy i tzw. duże Fiaty przeżywają dzisiaj drugą młodość, a jeszcze parę lat temu ich posiadanie było „obciachem“ i niechciane oddawane były na złom albo sprzedawane za bezcen.

Dziś Maluch w dobrym stanie kosztuje tyle samo, a czasami nawet więcej od paroletniego samochodu segmentu „C“, wyposażonego w rzeczy, o których na próżno szukać w polskim Fiacie takie jak – klimatyzacja, elektryczne szyby czy nawet radio. Coraz liczniejsze są także grupy pasjonatów, spotykające się regularnie, by porozmawiać i podziwiać swoje wymuskane wehikuły. Co ciekawe – należą do nich zarówno przedstawiciele średniej generacji, dla których te samochody przez długie lata były praktycznie jedynymi, jakie znali, jak i młodzi, które lata ich świetności pamiętają co najwyżej z dzieciństwa.

Syrma, Arrinera Husarya i youngtimery – polska motoryzacja wraca do łask