Bohatera masz we krwi – WAMPIRIADA – studenckie honorowe krwiodawstwo

Czy zdajesz sobie sprawę, że w Polsce krew jest potrzebna średnio co 15 sekund?
Czy wiesz, że oddana jeden raz może uratować życie aż trzech osób?
Nie czekaj. Zacznij działać – bohatera masz we krwi!

Niezależne Zrzeszenie Studentów Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie serdecznie zaprasza wszystkich studentów i pracowników Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, mieszkańców stolicy i okolic oraz wszystkich chętnych do wzięcia udziału w akcji Wampiriada. Już po raz osiemnasty we współpracy z Regionalnym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Warszawie organizujemy zbiórkę krwi. Tegoroczna edycja Wampiriady odbędzie się w dniach 5, 89 grudnia na parkingu za budynkiem G Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie (Al. Niepodległości 162). Dla każdego krwiodawcy przygotowane zostaną specjalne torby z licznymi upominkami.

Wampiriada jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych projektów charytatywnych Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Ogólnopolska zbiórka krwi organizowana jest dwa razy do roku – jesienią i wiosną. Już od 15 lat propagujemy wśród studentów i mieszkańców Warszawy ideę honorowego krwiodawstwa, a między innymi dzięki wsparciu Naszych Partnerów z roku na rok odnotowujemy wzrost ilości zebranej krwi.

Współczesna medycyna wciąż szuka środka, który zastąpiłby tak konieczny do życia składnik, jednak na razie nie udało się go znaleźć. Dlatego pragniemy, aby oddawanie krwi stało się rzeczą naturalną i powszechną. 3 dni akcji to około 81000 ml oddanej krwi, która może uratować mnóstwo ludzkich żyć!

Zapraszamy również do odwiedzenia naszej strony internetowej:http://www.wampiriada.nzssgh.pl, gdzie znajdują się wszystkie niezbędne informacje dotyczące krwiodawstwa oraz na naszego fanpage’a: www.facebook.com/wampiriada.sgh.

Nie młotem, a gitarą kują talenty. Kuźnia Gitarzystów.

Gdzie się uczyć gry na gitarze? Internet pełen jest różnych materiałów instruktażowych, forów poradniczych, czy tabulatur największych hitów. Możliwości co niemiara! Niestety domorosłe muzykowanie często wiąże się z chmarą błędów i niedociągnięć. KUŹNIA GITARZYSTÓW została stworzona po to, by niszczyć je w gardłach buchających pieców i przekuwać w wirtuozerię.

Ździebko przesadziłem z tymi buchającymi piecami. To prawda, są piece, piecyki lub wzmacniacze gitarowe jak ktoś woli, ale wypływające z nich para i ogień pozostają raczej w sferze abstrakcji. Odległej? Jimi Hendrix pokręciłby przecząco głową i zagrał zaledwie pięć akordów legendarnego „Hey Joe”: C-dur, G-dur, D-dur, A-dur, E-dur. „Pięć akordów i muzyczny trans gotowy”, zaśmiałby się, podniósł gitarę do ust i zaimprowizował solówkę zębami.

Pieszcząc kciukiem tył gryfu i dociskając struny do progów wprawia się instrument w skrajności: od łkania do śmiechu, a przy tym wznieca się pożar w pudle rezonansowym i we własnym sercu. Nauczyciele KUŹNI GITARZYSTÓW robią wszystko, aby razem z uczniami odprawić ten ezoteryczny rytuał. Oczywiście dopingują ich „z góry” legendy sześciu strun (dwunastu? – również!) i ,obowiązkowo, starożytne muzy Erato z Terpsychorą, którym nie była obca kitara czy lira. Słyszałem, że Terpsychorę rzeźbiarze często przedstawiali z plektronem – taką starogrecką kostką do szarpania strun. Sylwetki muz, zastygnięte w ruchu gdzieś na Peloponezie, pod pokrywą ociosanego kamienia nucą, że wprawdzie są trochę nadszarpnięte zębem czasu, ale blues, jazz, rock… właśnie rock – (!) – buntowniczy, szczery rock w żadnym razie nie umarł dwadzieścia, czy trzydzieści lat temu, jak co poniektórzy twierdzą, ale wciąż może uobecnić się tu i teraz. A w KUŹNI GITARZYSTÓW brzmi całkiem dobrze. Czasem warto posłuchać starszych.

Hey ! Mr. Tambourine Man, play a song for me

I’m not sleepy and there is no place I’m going to (…)

Tak śpiewał Bob Dylan. Sceptyczny Bob Dylan. Zagubiony Bob Dylan. Było jeszcze gorzej w momencie gdy zaczynał. Godzinami słuchał folkowych płyt, mozolnie naśladując wykonawców, a trafiwszy do Nowego Jorku doskonalił technikę w ciemnych klubach przy MacDougal Street na Greenwich Village. Pewnie szybciej zdobyłby szczyty, gdyby gdzieś na Manhattanie była szkółka gitarowa na kształt KUŹNI GITARZYSTÓW. Ech…nie mieli szczęścia ci Nowojorczycy.

Mają je natomiast Białostocczanie i Warszawiacy! KUŹNIA GITARZYSTÓW w Białymstoku mieści się przy ulicy Fabrycznej 18, zaś w Warszawie przy al. Solidarności 119/125. Tak…to tuż obok niedawno zlikwidowanego kina Femina, którego miejsce zajmie kolejna „Biedronka”. Z okien KUŹNI z pewnością widać było cios zadawany historii stolicy: kino otwarto w 1938 roku, w czasie okupacji przemianowano na rewię niemiecką, później znalazło się ono w obrębie getta… ktoś z KUŹNI musi napisać o tym sentymentalną balladę.

Na przykład założyciel KUŹNI GITARZYSTÓW – Bartosz Hołownia. Wykształcenie ma wszechstronne jak na znakomitego muzyka i zarządzającego przystało. Uczył się na dwóch renomowanych uczelniach: w klasie gitary w Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina oraz w Szkole Głównej Handlowej na kierunku Marketing i Zarządzanie. KUŹNIĘ oparł na systemie trzech poziomów: podstawowego, średnio zaawansowanego i zaawansowanego. Jej drzwi są otwarte dla wszystkich, bez ograniczeń wiekowych. Tym samym zapisać mogą się ci, co jeszcze nie trzymali gitary w dłoniach; ci, co zdobyli już pierwsze sznyty; oraz ci, których na jamach obwołują „wymiataczami”. Jak wiemy, określenie „wymiatacza” nie zwalnia grającego z ćwiczeń i pogłębiania tajników muzyki. W końcu dla tych prawdziwych „wymiataczy” szlifowania do perfekcji rajdu po gryfie nigdy nie jest mało. A jeśli najdzie ich chęć na sparing solówek i riffów, to w KUŹNI znajdą godnych siebie przeciwników. Jednak z góry uprzedzam: Bartek Hołownia wychowywał się na rocku i metalu, a na dzień dzisiejszy jest prawdziwym koneserem bluesa w każdej odmianie. Mógłbym jeszcze długo opisywać muzyczny szlak, którym podąża Bartek; jego naukę u wybitnych: Artura Lesickiego, Krzysztofa Barcika, czy Leszka Potasińskiego, kooperację z Ewą Szlachcic i zespołem „Way No Way”, udział na Międzynarodowych Warsztatach Jazzowych w Puławach, posadę gitarzysty sesyjnego grającego m.in. dla Krzysztofa Kiljańskiego, Ady Szulc, orkiestry Tomka Szymusia…, przy tym nie zapominając o prestiżowych nagraniach programów telewizyjnych takich jak: „Taniec z Gwiazdami”, „X-Factor” oraz „Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu”, zachwycał również w orkiestrach musicali „Metropolish” oraz „MusicaLove”. Dużo tego, przyznajcie?

Pozostali członkowie kadry są jak dźwięki gitary legendy bluesa – B.B. Kinga, który od kilku dobrych lat pojawia się na scenie ze swoim autorskim Gibsonem „Lucille”. B.B. King to niekwestionowany król. Jego kariera sięga 1948 roku! Zaczął zaledwie trzy lata po zakończeniu II-giej wojny światowej i wciąż jeździ w trasy. Jakim cudem? Nie umniejszając jego głosowi, widziałbym odpowiedź w unikalnym stylu gry. Od B.B. Kinga nie wymaga się szybkich pasaży, technicznej gimnastyki. Wystarczy kilka dźwięków w których jest wszystko. Myślę, że KUŹNI GITARZYSTÓW zadedykowałby kawałek „Playin’ With My Friends”:

Everybody’s gonna stand up,
Play their favorite tune
You can pick any tune you want to,
As long as it’s the blues 

Jak długo będzie to blues? A dlaczego nie bluegrass? Na miejscy B.B. Kinga bym się nie ograniczał. Tak się składa, że Krzysiek Zagajewski – nauczyciel poziomu podstawowego i średniozaawansowanego – uwielbia blues-rocka i bluegrass. Jako absolwent Autorskiej Szkoły Muzyki Rozrywkowej i Jazzu im. K. Komedy doskonale wie, co się z czym je. Podłącza „wiosło” do wzmacniacza, ustawia strojenie i dostosowuje się do szumu Appalachii, krainy gdzie banjo i mandolina połączyły się z jazzem, a w szkocki, irlandzki i brytyjski folk wtopił się nieśmiertelny blues.

Mateusza Madeja – nauczyciela poziomu średniozaawansowanego – możemy nazwać postępowcem. Oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie pogardzi on dobrą muzyką elektroniczną, ani alternatywnym rockiem. To tylko potwierdza jego otwartość umysłu na nowe brzemienia. Brał udział w wielu warsztatach z takimi autorytetami jak: Scott Henderson, Marek Raduli, czy Marek Napiórkowski. Usłyszeć go można w nagraniach zespołów „The Flow” i „Flameberg”. Co więcej , Mateusz odwiedził amerykańskie Savannah (to tam poległ Puławski!), gdzie pracował jako muzyk sesyjny. Napisał też muzykę do kilku reklam telewizyjnych. Dlatego uzbrójcie się w cierpliwość podczas oglądania telewizji. Kto wie, może usłyszycie w którymś momencie „tłusty” riff autorstwa Mateusza.

Od września zeszłego roku kadrę wspiera Paweł „Szucher” Szuszkiewicz – nauczyciel poziomu podstawowego i średnio zaawansowanego. Gdy przychodzi na kontrolne badania pielęgniarki już wiedzą, że serce mu bije w rytmie bluesa; przy pobieraniu krwi strzykawka napełnia się w rytmie bluesa; a gdy lekarka ogląda gardło, to jego język podskakuje w rytmie bluesa. Nie można przejść obojętnie obok pomysłu Pawła odnośnie organizacji Supraskich Spotkań Okołobluesowych, których on sam jest dyrektorem artystycznym Grał w zespole „Blue Water”. Z zespołem „Bracia i Siostry” zawojował większość bluesowych festiwali w Polsce, koncertował z nim także w trakcie Polish Day w Chicago. Jego utwór można znaleźć na II wydaniu Antologii Polskiego Bluesa. Dziewczyny, jeśli reflektujecie dwunastotaktowy flirt z prawdziwym bluesmanem, to zapiszcie się na lekcję z Pawłem do białostockiej filii KUŹNI.

Tomek Gąsowski różni się od kolegów. Gra na czterech strunach, a nie sześciu jak inni. Czuje się osamotniony? Skądże. Wprawdzie ma cztery struny, ale grubsze. Basowe. Doskonalił umiejętności w klasie kontrabasu w Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Zahaczył też o Warsztaty Jazzowe w Puławach. Kontrabas kontrabasem, jazz jazzem, a Tomek oprócz niskiego, ciepłego brzmienia wyjętego z sesji Billa Evansa, pokochał metal, bujając karkiem z kapelą „Inhummus”. Nie stroni od bluesa – grał z Włodkiem Dudkiem. Ścieżki jego muzycznego przeznaczenia skrzyżowały się z Joanną Soul Wołoczko oraz zespołem „Bracia i Siostry” (gra w nim wspomniany Paweł „Szucher” Szuszkiewicz).

Bez Michała Chylińskiego KUŹNIA GITARZYSTÓW padłaby. Plan lekcji ogarnąłby chaos, tak jak umysł Ozziego Osbourna w latach 60-tych (istny „Paranoid”!), a zdezorientowani nauczyciele ucałowaliby klamki. Wstrząs podobny do tego po trefnym towarze od członków zespołu „Motorhead”!

Brain dead, total amnesia,
Get some mental anaesthesia,
Don’t move, I’ll shut the door and kill the lights,
And if I can’t be wrong I could be right (…)

Michał, mimo, że jest zagorzałym słuchaczem trash metalu i rocka psychodelicznego, panuje nad sekretariatem. Równolegle szkoli uczniów z poziomu podstawowego, a sam pobiera lekcje w Autorskiej Szkole Muzyki Rozrywkowej i Jazzu im. K. Komedy. Ale zmysł organizacyjno-logistyczny, jak mniemam, rozwinął w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania w Białymstoku – kierunek Informatyka i Ekonometria. Poza tym zasila folk-metalowy zespół „Runika”.

KUŹNIA GITARZYSTÓW jest wyposażona tak dobrze, jak czterogryfowa gitara Michaela Angelo Batio. Jak już wspominałem, warszawska filia ma lokal w centrum, co oznacza, że dotarcie nie sprawia problemu. Nie trzeba się martwić wcześniejszym przyjazdem. Pięć, dziesięć minut do zajęć? No problem. Są kanapy, fotele, herbata, kawa, sok…może znajdzie się też puchatkowe „małe co nieco”. Jest też najnowszy numer magazynu „Gitarzysta”. Pędzicie na lekcje prosto z pracy lub szkoły i nie mieliście czasu na zabranie gitar z domu? Nie martwcie się tym. Cały sprzęt czeka w salach, a dokładniej: „gitary klasyczne: Yamaha C30, gitary akustyczne: Fender CD140, gitary elektryczne: Ibanez SA120EX,Epiphone Les Paul 100 i Squier Stratocaster Affinity!”; a dodatkowo: „stroik, metronom, kabel, wyśmienite combo gitarowe Roland Cube 20 oraz wah-wah Dunlop GCB-95 Cry Baby”. Do tego wszystkie sale wyłożono gąbką akustyczną. Dla lepszego dźwięku i lepszych relacji z sąsiadami. Przed zajęciami warto się wyciszyć i pomedytować przy autografach światowych sław. Ściany całego korytarza obwieszono wielkimi nazwiskami – zdobycze z koncertów, na które nauczyciele KUŹNI chętnie jeżdżą. Lubicie Tommego Emmanuela, bądź Marcusa Millera? Oni też tam są.

Bym zapomniał! KUŹNIA pozwala sobie na skomputeryzowanie i małą inwigilację: „mikrofony do nagrywania i analizy naszej gry, kamerki internetowe do obserwowania pozycji kciuka z tyłu gryfu oraz dedykowane programy komputerowe, dzięki którym zwolnimy i zapętlimy interesujący nas fragment utworu, nad którym pracujemy – witamy w szkole XXI w.!”

Poza szkołą też się dzieje. Po opanowaniu kilku utworów możemy się zapisać na warsztaty gry w zespole profesjonalnych muzyków. Są również organizowane spotkania z najbardziej znanymi, polskimi gitarzystami. KUŹNIA dba o konkursy (raz w tygodniu) i nagrody: „m.in. wejściówki na koncerty, prenumeraty czasopism gitarowych i komplety strun”. To wszystko dzięki współpracy z takimi sklepami jak „TanieStruny.pl”, czy „Lach&Lach”. Ponadto utrzymuje stały kontakt z magazynem „Gitarzysta” oraz z miejscem niezbędnym w razie wszelkich usterek – pracownią lutniczą „Guitar Help” (możliwe są zniżki dla uczniów). Wewnętrzną społeczność uczniów i nauczycieli spaja internetowe forum – miejsce wsparcia, wymiany myśli, zachwytów, jak też miejsce próby poznania demona, jakim jest muzyka. Jak to szło w „Sympathy For The Devil”…

But what’s confusing you
Is just the nature of my game (…)

Kiedy byłem szczeniakiem bez życiowej wiedzy (wciąż nim jestem, ale mniej), uczęszczałem do KUŹNI GITARZYSTÓW przez jakieś półtora roku. Zrezygnowałem ze względu na maturę. UWIERZYCIE? Kiedy o tym myślę, pluję sobie w brodę. I jeszcze ta kurząca się gitara…(chlip!). Ale wiecie co…w czasie pisania naszła mnie chęć powrotu. Dołączycie się?

Do dzieła! Rock and Roll Hall of Fame się niecierpliwi!

MS

Startup Grind#5 jak koncert Lennego Kravitza

Ania Walkowska po raz kolejny spisała się na medal. Tym razem na temat przewodni wybrała lotnictwo, które na dobre wysłało w niebo (dosłownie?) ostatnią konferencję przygotowaną przez grupę Startup Grind Warsaw – społeczność zrzeszającą i inspirującą startupowców.

Lotnictwo? Czy brzmi ono zbyt ambitnie dla startupów; w szczególności dla tych młodych, dopiero co wykluwających się firm, z których duża część nie zdążyła nawet zakwilić nad łonem matki? „Lotnictwo”: ta nazwa ma w sobie siłę, patos, chwałę. Wymawiając to słowo mamy przed oczyma myśliwce Spitfire, bohaterski Dywizjon 303, masywne Boeingi, helikoptery Black Hawk. Lotnictwo przytłacza wielką historią, wielkimi pieniędzmi… tak jak wynalazek braci Wright, przelatujący nad głowami niedowiarków. W tych dwóch pionierów podniebnych podbojów z początku nikt nie wierzył. Pastorowie wygrażali im, głosząc, że człowiekowi nie wolno łamać boskiego porządku, że przyrodzonym miejscem doczesności jest ziemia, że przyjdzie jeszcze czas na niebo. Bracia Wright nie posłuchali. I słusznie, bo gdyby zrobili inaczej, to nie mielibyśmy wspaniałej konferencji (29.10.2014), która była czymś więcej niż tylko ciekawą rozmową z prelegentami. Bardziej przypominała spektakl. Tragedię grecką z bohaterami, którzy odchodzą tylko dla niepoznaki, by w najmniej oczekiwanym momencie powrócić z całą siłą charakteru.

Rzecz miała miejsce na Wydziale Inżynierii Materiałowej Politechniki Warszawskiej. Zgodnie z agendą o 17.45 zaczął się networking. Smaczny networking. Publiczność zebrała się przy stole z poczęstunkiem, znajdującym się za kolorowym przepierzeniem. Tarta ze szpinakiem, serem feta i oliwkami cieszyła się największą popularnością, a ze słodkości: rozpływające się w ustach ciasto Brownie. Firma cateringowa również trafiła w dziesiątkę z napojem imbirowym, idealnym na jesienną aurę. Ci, którzy wedle zasad dobrego wychowania nie upychali zbyt chciwie smakowitości na talerzyku, żałowali później swojej wstrzemięźliwości. Gdyby zawczasu uświadomiono ich, że konferencja skończy się po 22.00, nie przejmowaliby się grzechem łakomstwa. A może skończyła się nawet po 23.00? Nieistotne. Po wszystkim, gdy sala opustoszała i wyłączono mikrofony, w powietrzu ciągle wisiał żywioł dyskusji, jakby chciał na stałe zadomowić się w auli im. prof. Jerzego W. Wyrzykowskiego. Ów żywioł przechodził w drgania, wydawałoby się nieczyste, ale mimo to doskonale skomponowane. Wykapany styl Lenny’ego Kravitza w piosence „Fly Away”:

 

I wish that I could fly

Into the sky

So very high

Just like a dragonfly

 

Ale wróćmy do początku…

* * *

Na przeciwko prowadzącej – Ani Walkowskiej – usiadł Maciej Szubski. Rozwarł szeroko ramiona i przyczepił mikrofon do klapy marynarki. Wyglądał pewnie, jak facet, który wie czego chce od życia. Egzystencjaliści z Sartrem na czele pochwaliliby go za wyraźny projekt egzystencjalny. Wyraźny jak obraz w jakości Full HD. Kobietom się to podoba. Inwestorom także. W przeciwnym razie nie zostałby zaproszony na konferencję jako osoba, która ma zainspirować młodych przedsiębiorczych do śmiałego działania w biznesie, a nade wszystko w branży lotniczej.

Maciej Szubski zakochał się w lotnictwie już w czasach pacholęcych… Wszystko zaczęło się od gazetki MIŚ, wspomina. A to dlatego, że znalazł w niej wycinankę z samolotem. Jakie musiało być to niebywałe uczucie, gdy z pasją, kuchennymi, przydużymi nożycami formował płaską maszynę! Wspaniały był to przełom dla jego dziecięcej wyobraźni, którą niepozorny kawałek papieru pobudził do lotu wysoko ponad chmury.

Pewnego dnia przestał patrzeć z dołu i zaczął rozkoszować się widokiem z góry, z kabiny pilota. Szkolenia lotniczego nie odbył od razu. Najpierw zajął się studiami prawniczymi. Po zdobyciu licencji latał dużo i wytrwale. Tysiące wylatanych godzin wryło się w pamięć nieba. Niestety lekarz naczelny to zakończył. „Panu już wystarczy”, rzekł do niego.

Okazało się później, że to w żadnym razie nie był koniec, lecz początek do nowej jakości obcowania z lotnictwem. Został Prezesem Zarządu i Dyrektorem Ośrodka Szkolenia Lotniczego w firmie Ventum Air Sp. z.o.o. Stał się znaczną osobą w środowisku, czego zwieńczeniem jest prestiżowa nagroda Lotnicze Orły. Doglądał rozwoju systemów szkoleń i rozkwitu nowych talentów. W młodych, dziarskich pilotach widział samego siebie. Mavericka z filmu Top Gun. Bohaterowi granemu przez Toma Cruisa nigdy nie było mało, chciał za wszelką cenę przekraczać kolejne granice. Maciej Szubski zaczerpnął nieco z tej filozofii. Również przekroczył granicę. Tę dzielącą pilota od biznesmena.

Mocny charakter pilota przydaje się w interesach. Maciej Szubski nie wpisuje się w typ człowieka, który skulony i przygarbiony ma skrzyżowane ręce na piersi. Za sterem trzeba być otwartym i pewnym swego. Inne podejście grozi katastrofą, dlatego też ani razu nie przełknął lękliwie śliny przed szybkimi pytaniami Ani Walkowskiej, opowiadając bez tremy o swojej firmie Tech-Sim, zajmującej się produkcją symulatorów samolotów do celów szkoleniowych.

„Samoloty to zabawki dla dużych chłopców”, zaśmiał się, „A lotnictwo to nałóg”, dodał. Właściciel firmy Tech-Sim zdaje sobie sprawę z dużej grupy pozytywnie uzależnionych. Symulatory mają pomóc w jej przygotowaniu do prawdziwych lotów. W cały projekt uwierzył m.in. Paweł Maj ze Skyline Investments, który przedstawił sprawę kilku inwestorom. Maciejowi Szubskiemu wystarczyła zaledwie 20-30 minutowa prezentacja, by zjednać wpływowych słuchaczy. Opłacało się. Tech-Sim ma zapełnione moce produkcyjne do końca przyszłego roku.

Gdzie jest ten „pierwiastek innowacyjności”, jak to ładnie ujął jeden z obecnych na widowni? Odpowiedzią jest system wizyjny oraz specjalne urządzenia poboczne. Cały symulator jest tak skonstruowany, aby jak najlepiej uwzględniał siły występujące w rzeczywistości. I tym wygrywa.

Na sam koniec pierwszy rozmówca Ani Walkowskiej uzewnętrznił się, mówiąc o swoich niespełnionych marzeniach pilota wojskowego. „Mam kolegów, którzy latają na F-16”, w jego głosie pobrzmiewała lekka zazdrość. Koniec końców, każdy chciałby śmigać jak Tom Cruise w filmie Top Gun, choć z drugiej strony szaleńcze ewolucje to nie wszystko. Przyjemniejsze jest chyba zarabianie pieniędzy – na lotnictwie.

* * *

„Poprosiłbym jednak o ten drugi”, Edward Margański skrzywił się na widok małego mikrofonu z zapięciem. Już na wejściu dał o sobie poznać, jako o człowieku z przyzwyczajeniami. Sprawa wieku? W prawdzie przyznał, że jest emerytem, jednak odniosłem wrażenie, że przyczyna tkwiła raczej w jego długoletnim przywiązaniu do zasad. Słychać o tym było w słowie wstępnym. Długim słowie wstępnym.

Sprawa lotnictwa przez chwilę zeszła na dalszy plan. I słusznie. Edward Margański pozwolił sobie na ogólną, anegdotyczną refleksję o podejściu do samorozwoju, pracy, zarobkowania. Nieocenione są takie rady, płynące z ust doświadczonego człowieka. Zwracał się przede wszystkim do studentów. Motywował i zagrzewał do boju. Czynił to tak sprawnie, że mógłby doprowadzić do ekstazy nawet Łukasza Jakubiaka – autora internetowego programu 20m2 Łukasza oraz mówcę, jeżdżącego z podtrzymującymi na duchu wykładami.

„Żeby mieć kontakty, to trzeba być komunikatywnym”, zaczął jak rasowy mówca motywacyjny. Podkreślał istotność zaangażowania; niezbędność odnalezienia w sobie samym iskry, boskiego ładunku. Równie dobrze mógłby zacytować kultowe On the Road Jacka Kerouaca, który pisał:

(…) the only people for me are are the mad ones, the ones who are mad to live, mad to talk, mad to be saved, desirous of everything at the same time, the ones who never yawn or say a commonplace thing, but burn, burn, burn (…)      

W istocie! Trzeba płonąć i przeistoczyć się w człowieka czynu. „Przestawcie zwrotnice swojego życia od teraz!”, zawołał, kierując pastorską manierą wskazujący palec ku górze. Odciągał nas od przytłaczających myśli polskiej martyrologii; przeklinał ponuractwo i brak ambicji.

„Nie mów bracie, że ktoś ci nie pozwolił”, wytykał zniechęcenie i bierność. „Trzeba się dostosować…”, ciągnął, „…stawiać urzędników do pionu! Trzeba ich wychowywać!”, podniósł głos. Podkreślał, że nie da się za wiele zdziałać bez ich pomocy. Dodał, że powinniśmy tworzyć nowe problemy, łamać konwencję, bo wtedy urzędnicza praca wkracza w nowe, niepoznane wcześniej rejony.

Następnie przeszedł do trzech metod osiągania sukcesu niejakiego Petera (możliwe, że chodziło o Petera Druckera – światowej sławy eksperta ds. zarządzania). Pierwszą z nich było pchanie się – bierzemy udział w wyścigu szczurów i staramy się mieć twarde łokcie. Drugą – wypychanie – środowisko w którym się obracamy nas promuje. Trzecią – podciąganie – oprócz sumiennej pracy, staramy się uwieść córkę prezesa. „Dziś trudno o osoby kompetentne”, żalił się. Ponadto przestrzegał przed ślepym pochłonięciem pracą. W każdej dziedzinie oderwanie od rzeczywistości i realiów ekonomicznych nie niesie ze sobą niczego dobrego. Wielu artystów wie coś o tym…

Mimo kalekiego systemu jakim był PRL, Edward Margański chciał osiągnąć sukces. Podczas gdy inni wieczorem zajadali się pasztetową, oglądając westerny lub pułkownika Colombo, on w 1986 roku założył Zakład Remontów i Produkcji Sprzętu Lotniczego. Z początku firma skupiła się na naprawie drewnianych szybowców. Szybko się to zmieniło, bowiem po 89′ roku gdy otworzył się rynek, wprowadzono do produkcji szybowiec S-1 Swift, niedługo później przyszedł czas na akrobacyjny MDM-1 Fox, samolot szkolno-treningowy Iskra II, czy EM-11C Orka. W październiku 2011 roku firma zmieniła nazwę na Zakłady Lotnicze Margański&Mysłowski S.A. Przedsiębiorstwo działa w Bielsku-Białej.

Obecnie jest na emeryturze, ale nie przeszkadza mu to w dalszym działaniu. Zajęty jest wynalazkami. Chciałby przystąpić do produkcji samochodów latających.

* * *

Witold Załęski – specjalista w zakresie funduszy inwestycyjnych oraz Członek Rady Nadzorczej Bielskiego Parku Technologicznego Lotnictwa, Przedsiębiorczości i Innowacji – patrzy na lotnictwo z zupełnie innej strony. Strony czysto finansowej. „Najbardziej w lotnictwie lubię shaker w pierwszej klasie robiący drinki”, śmieje się. W żadnym razie nie podzielił entuzjazmu swoich przedmówców. Sceptycznie wypowiadał się o branży. „Jest to ciężki rynek”, podkreślał. Trudno się wstrzelić, a poza tym skończyły się już czasy, gdy małe firmy z zyskiem produkowały samoloty. „Koniec z romantyzmem!”; „Nie ma miejsca na Oświecenie!” Hasła te sprawiły, że po sali przeszły pomruki niezadowolenia. Ania Walkowska i często powracający do mikrofonu Edward Margański również wyrazili swoją dezaprobatę. Jak by nie patrzeć, te mocne słowa niszczyły ideę przebojowego startupowicza, w której musiał się przecież zawrzeć romantyczny ładunek Goethego i Schillera. Czy wszystkie startupy z niezwykle ambitnymi planami muszą podzielić tragiczny los Wertera?

Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale zdaniem Witolda Załęskiego lepiej nie porywać się z motyką na słońce. Przede wszystkim trzeba zbadać rynek i wejść w niszę. Zabieranie się z marszu do produkcji samolotów nie ma większego sensu. Po co nam taki rozmach?! Nie lepiej byłoby się skupić się na wytwarzaniu zapinek do pasów? Brzmi banalnie? W pędzącym świecie małe i ulotne pomysły mogą być bardziej opłacalne, aniżeli projekty długodystansowe. Szybciej zarobimy na zapinkach do pasów niż na samolotach, których okres wprowadzania na rynek (od projektu do certyfikacji) może trwać nawet trzynaście lat. I na tym nie koniec trudności. Później musimy zmierzyć się ze żmudnym procesem pozyskiwania klientów, z niełatwym przekonywaniem ich do naszej marki. Chociaż z drugiej strony świat należy do odważnych. Edward Margański kilkukrotnie się wtrącił i o tym przypomniał. Nie wielu by się znalazło, gotowych do konkurowania ze znanymi na cały świat samolotami Cessna. Od pana Edwarda można się uczyć determinacji.

„Czym większe innowacje, tym krócej żyją”, stwierdził Witold Załęski. Nokia i Motorola postąpiły odwrotnie i stąd w pewnym momencie podupadły. Do katastrofy przyłożyli się prezesi obu firm, którzy bezmyślnie prześcigali się w wpuszczaniu nowości na rynek. Nowy telefon raz w roku, potem raz w miesiącu, aż w końcu… upokarzające bankructwo.

„Innowacja nie jest wartością samą w sobie”, przypomniał. Powinna być koniunkcją nowości i wartości. Warto czasem pomyśleć nad zrezygnowaniem z idei twórczej na rzecz odtwórczości, jak też kontynuacji rozpoczętych projektów. To żadna ujma. Przeciwnie. Ten sposób wyznają m.in. Japończycy. Rozwijają to, z czego Europejczycy rezygnują na półmetku. A potem zbierają plony.

Rozczarować się mogą ci, którzy zamierzają przeprowadzić generalną rewolucję. Producenci szamponów przeciwupierzowych nigdy nie zdecydują się na przełomową formułę, która usuwa upierz w stu procentach po jednym myciu. Wspaniałe byłoby to osiągnięcie, jednak właściciele firmy szybko by poszli z torbami, ponieważ wyleczony nie kupiłby już lekarstwa.

Padło też porównanie polskich i amerykańskich studentów. Okazało się, że różnica jest diametralna. „Amerykańscy studenci chcą się uczyć. Polscy studenci nie chcą się uczyć. Amerykańscy studenci nie narzekają na to, że mają do przeczytania dwieście stron na następne zajęcia, a polscy narzekają”, podsumował. Czy wynika to z północnoamerykańskiego wyścigu szczurów, z tego że w Ameryce pieniądz definiuje człowieka? Maybe. Ale jako student z autopsji wiem, że wśród naszych rodzimych też się znajdzie wielu tytanów pracy.

Na tym się nie kończą zarzuty…Polacy myślą, że jeden wynalazek sprawi, że będą ustawieni do końca życia, Amerykanie natomiast zdają sobie sprawę z tego, że jak bardzo nie byłby to przewspaniały projekt, to i tak prędzej czy później znajdzie się w obrębie zainteresowań Chińczyków i w rezultacie będzie składany przez małe, żółte rączki, opłacane za miskę ryżu.

Nie zapominajmy o pozytywach. Cieszy to, że coraz częściej w Polsce widać lepsze przygotowanie merytoryczne i zorganizowanie intelektualne u starających się o wsparcie z funduszy inwestycyjnych. „Jest mniej kosmitów”, zauważył Witold Załęski. Kiedyś znalazłaby się chmara marzycieli, obiecujących gruszki na wierzbie i wierzących, że na PSTRYK! wygenerują 50% więcej zysków niż inni.

Niemniej jednak, dobry biznesplan to nie wszystko. Równie ważne jest zaangażowanie i wiara w swój projekt. „Trzeba mieć odwagę w ponoszeniu ryzyka”. Skłonność do poświęceń jest dobrze widziana w oczach inwestorów. Ktoś, kto nie wywodzi się z majętnej rodziny, dostaje w spadku dom po babci, sprzedaje go i całą kwotę wkłada w swoją działalność od razu zyskuje na wiarygodności. Trzeba być twardym i mieć te meksykański cojones. „Biznes nie jest dla małych dziewczynek. Trzeba pokazać kły. Jeśli nie zdajesz sobie z tego sprawy, to któregoś razu wyjdzie Ci to bokiem”, podsumował prelegent.

* * *

Ostatni wystąpił Tomasz Kośmider, który wprowadził spokój, jak współczujący anioł po wielkiej bitwie. W poprzednich akapitach nie dałem temu odpowiedniego wyrazu, ale wiedzcie, że zwłaszcza pomiędzy Edwardem Margańskim a Witoldem Załęskim odbyła się solidna wymiana ciosów. Na argumenty, rzecz jasna. Mimo to moje skojarzenia odniosły się do fantastycznych krain, gdzie dwóch rosłych bogów ciska w siebie pioruny, walcząc o prymat.

Naukowy życiorys Tomasza Kośmidra robi wrażenie. Studiował na Politechnice, Wyższej Szkole w Sopocie, SGH, dwanaście lat za granica… Nie dziwi zatem, że jest współzałożycielem i jednocześnie prezesem tak zacnej organizacji jaką jest Technology Partners – instytut badawczy specjalizujący się w zarządzaniu oraz implementacji projektów badawczych dużej skali. Przekrój tematów branych na warsztat cechuje interdyscyplinarność, stąd otwarto się także na lotnictwo. Od 2006 roku Technology Partners idzie w parze z Grupą Airbus, wyszukując dla niej innowacyjności.

Ostatni gość podsumował całą konferencję. Po odniesieniach do P.F. Druckera, Josepha Schumptera doszedł wreszcie do tezy ważnej dla wszystkich, nie tylko dla osób związanych z branżą lotniczą. „Nikt nie jest sam. Żyjemy w sieci”. Podobnie jak przedmówcy, stawiał duży nacisk na kontakty. „Góra nie przyjdzie do Mahometa”, przypominał. Mówił też o zarządzaniu firmami, nadając im wymiar duchowy. Firma musi być wspólną wartością, a każdy z pracowników ma być kamieniem na dużym klejnocie, stałym i nabierającym piękna z upływem czasu. Przy okazji podzielił się swoim smutkiem odnośnie braku lojalności. Przedsiębiorstwo jest czymś więcej niż tylko środkiem do osiągania egoistycznych celów, w tym pieniędzy.

Napomknął jeszcze o reindustrializacji – procesie wyswobadzania się z gałęzi, w których wymagany jest duży nakład surowcowy i liczna siła robocza. Wtedy zaangażowanie bardziej skupiłoby się na gałęziach wchodzących w interakcję z nauką i ekspertami, co tworzy fundament pod liczne startupy.

* * *

Przed wyjściem z budynku mało kto nie oparł się zjedzeniu kolejnej porcji tarty ze szpinakiem, serem feta i oliwkami, a moment później – wypiciu szklanki napoju imbirowego na drogę. Do pełni szczęśliwości brakowało tylko przygotowanego specjalnie dla nas szybowca z załączonymi kluczykami, a w cockpicie refrenu Lennego Kravitz’a:

 

I want to get away 
I want to fly away 
Yeah yeah yeah 

 

Aha! I jeszcze jedno: sponsorem Startup Grind#5 była firma Galactic Sp. z o.o. Brzmi kosmicznie, prawda?

 

 

MS

 

 

inFakt.pl niewygodnemu fakturowaniu mówi STOP!

Świat biznesu jest jak metronom. Zaczęło się od spokojnego Lento, potem przyszło Moderato, a dziś… dziś stykamy się z Presto, a może już je minęliśmy? Tempo rośnie a pieniądze same się nie zarobią. Na ratunek przychodzi technika…a z techniką inFakt.pl, który wprowadził nową aplikację do fakturowania.

Jest ona dostępna dla smartfonów z Androidem; znalazła się również w szeregu aplikacji dedykowanym IPhonowi. Sprytnie. Znając renomę inFaktu.pl nie mogło być inaczej.

W końcu jest on jak Zimowa Twierdza z fantastycznego świata Skyrim. Mistrzowie magii brali pod skrzydła naturszczyków czarnoksięstwa, zaś on bierze pod swoje tych, którzy chcą załorzyć swoją własną firmę bez niepotrzebnej utraty czasu i energii, a później za miesięczną opłątą 149 zł. pozbyć się przykrego obowiązku załatwiania formalności. Księgowi inFakt.pl reprezentują swoich klientów przed ZUS­em i Urzędem Skarbowym z nieugiętością egipskich Kolosów Memnona, opierających się przez stulecia trzęsieniom ziemi i wylewom Nilu. Poza tym oferują aktywne doradztwo w optymalizacji kosztów, pomoc w przeniesieniu z innego biura rachunkowego i wiele innych.

Mamy szczęście. Dożyliśmy czasów, w których tylko jedna aplikacja ­ ciąg matematycznych równań zapisany w wirtualnej przestrzeni ­ może pozwolić nam na zaoszczędzenie wielu godzin, a nawet dni. Nowa aplikacja inFaktu.pl ogranicza proces fakturowania tylko do kilku pociągnieć palca po okranie telefonu. No dobra, do kilkunastu… ale to chyba żadna różnica.

Wypełnia się formularz, który dla ułatwienia nie zawiera pól na pełne dane klienta. Autorzy aplikacji doszli do wniosku, że wystarczy tylko Numer identyfikacji podatkowej. Poprzez ten dziesięciocyfrowy kod wszystkie dane pobiorą się automatycznie z baz Głównego Urzędu Statystycznego. Naniesione treści mogą zostać zapisane w aplikacji, dlatego przy następnej okazji cały proces przebiegnie szybciej. Zyskamy jeszcze kolejne minuty dzięki funkcji „wystaw podobną” ­ pozwala nam ona na wystawienie faktury, w której tylko niektóre informacje ulegają zmianie. Nie musimy na powrót wypełniać tabelek. A same faktury z aplikacji są słane do klientów pocztą elektroniczną.

Aplikacja nie poprzestaje na telefonach. Faktura wystawiona na smartfonie jest dostępna również na koncie inFakt.pl, po zalogowaniu na komputerze. Aplikacja jest udostępniona do bezpłatnego pobrania w serwisie Google Play. Darmowe konto pozwala na wystawianie 3 faktur w miesiącu. Ponadto wersja www umożliwia nam trzydziestodniowe testowanie Programu do Księgowości, jak i korzystanie przez blisko dwa miesiące z testu obsługi księgowej. Do faktur marsz!

MS

http://infakt.pl

Kwiatowy pan Ptaszek – JMP Flowers

Zaczynał bardzo praktycznie: uprawiając pomidory i ogórki. Po kalkulacji biznesowej jego spożywcza działalność JMP Flowers wzbiła się ku ulotnemu pięknu roślin, gdzie wyższe formy estetyki w harmonijnej atmosferze spotkały się z niebagatelnym poziomem dochodów.

Stężyca, mała miejscowość na granicy województw lubelskiego i mazowieckiego, kilka kilometrów za Dęblinem. Niewielu wie, że to właśnie stąd do kwiaciarni w Polsce i Europie wysyłanych jest ponad 30 mln kwiatów rocznie. JMP Flowers, gospodarstwo ogrodnicze kierowane przez Jarosława i Marię Ptaszków jest największym w Polsce i piątym w Europie producentem róż i anturiów na kwiat cięty oraz storczyków doniczkowych z rodzaju Phalenopsis.

Tradycje ogrodnicze w rodzie Ptaszków zrodziły się już przed II wojną światową, chociaż nie od początku związane były ściśle z kwiatami. Pradziadek Jarosława był głównym mechanikiem w należącej do hrabiego Zamoyskiego wsi Podzamcze na południowym Mazowszu, które posiadało słynną, największą szkółkę drzew i krzewów ówczesnej Rosji. Po wojnie protoplasta rodu osiadł w Stężycy i podjął się uprawy warzyw. Jan, dziadek Jarosława, posadził sad i założył inspekty, a później wraz ze swoim synem Józefem w latach 60. wybudował pierwszą w rodzinie szklarnię.

Właściwa kwiatowa historia rozpoczyna się od Jarosława Ptaszka. Jako licealista swoją przyszłość wiązał z prowadzeniem warsztatu samochodowego, jednak po namowach rodziców, którzy chcieli, aby kontynuował tradycję, zdecydował się na ogrodnictwo i zdał do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Jako student IV roku postanowił wybudować nowoczesną szklarnię. Był rok 1977, czasy Gierka, kiedy kredytów udzielano dość lekką ręką. Wykorzystał to Ptaszek, biorąc dużą pożyczkę w banku na budowę szklarni o powierzchni 2 tys. m kw. Nie wróżono mu powodzenia. Był młody i niedoświadczony, brał na siebie duże ryzyko, a realia tamtych czasów skłaniały do wniosku, że państwo i tak wszystko kiedyś zabierze. On jednak szedł do przodu: rok później jedna szklarnia już stała, a druga była w trakcie budowy.

Zaczynając działalność Ptaszek zadeklarował uprawę pomidorów i tego miał się trzymać, regularnie dostarczając ich określoną ilość. Jednak aby w pełni wykorzystać szklarnie, jako poplon po pomidorach sadził frezje. Doniesiono na niego, że zamiast warzyw uprawia kwiaty, więc wkrótce odwiedzili go kontrolerzy z NIK­u. Szczęśliwie urzędnicy dali się przekonać, że kwiaty są uprawiane jako działalność uboczna, po głównych zbiorach, mógł więc powrócić do pracy. Ptaszek stopniowo dokupywał hektary i tak zaczęło powstawać jego własne gospodarstwo ogrodnicze. Do biznesu wciągnął także swoją żonę, którą poznał w Urzędzie Gminy – pracowała tam w dziale gospodarki rolnej, gdzie Ptaszek ze względu na prowadzenie firmy musiał był stałym petentem. W latach 80. powierzchnia szklarni podwoiła się, a w 1990 roku Ptaszkowie wybudowali kolejny obiekt, ale wciąż jeszcze głównym kierunkiem były pomidory i ogórki.

Pod koniec lat 90. firma znalazła się w trudnej sytuacji finansowej, ponieważ utrzymywanie dwóch różnych kanałów sprzedaży, warzyw oraz kwiatów, generowało zbyt duże koszty. Po namyśle Ptaszkowie podjęli decyzję, która okazała się być kamieniem milowym w historii firmy. Zakończyli uprawę warzyw i skoncentrowali się na branży kwiatowej, która, jak sadzili, miała być bardziej dochodowa.

W 1997 roku wybudowali szklarnię typu holenderskiego o powierzchni 1 ha pod uprawę anturium. Wówczas też po raz pierwszy pojawiła się nazwa firmy, JMP Flowers, która powstała od pierwszych liter imion i nazwiska właścicieli. W 1998 roku rozpoczęli uprawę róż, najpierw tradycyjnie, trzy lata później w nowoczesnym obiekcie, w którym jako pierwsi w kraju zainstalowali roboty do automatycznego sortowania i pakowania róż. W 2002 roku rozwinęli uprawę anturium, a w latach 2007­2012 wybudowali w dwóch etapach szklarnię przeznaczoną pod uprawę orchidei. Koszt wyniósł ponad 10 mln euro, ale obiekt ten, praktycznie nie wymagający pracy człowieka, jest jednym z najnowocześniejszych na świecie, głównie za sprawą systemu WPS (Walking Plant System), służącego do automatycznego sortowania i patyczkowania roślin doniczkowych. Dzięki systematycznemu rozwojowi infrastruktury, obecnie łączna powierzchnia uprawy gospodarstwa wynosi ok. 15 ha, w tym 5,7 ha róż, ponad 3 ha anturiów i ok. 6 ha orchidei.

Firma sięgnęła po najbardziej zaawansowane systemy znane w ogrodnictwie, takie jak komputery klimatyczne, kurtyny cieniująco­energetyczne, wysokociśnieniowe zamgławianie powietrza czy systemy roszenia dachów i nawadniania. Pod względem energii elektrycznej gospodarstwo jest w ok. 90% samowystarczalne, produkując ją za pomocą wysokosprawnej kogeneracji. Własne elektrownie zaopatrują szklarnie w prąd, ciepło i dwutlenek węgla, a ekologiczny system nawadniania wykorzystuje deszczówkę zbieraną na dachach.

W kraju JMP Flowers sprzedaje 85 proc. produkcji. Jeśli chodzi o eksport, odbywa się on do krajów położonych najbliżej Polski, takich jak Austria, Niemcy, Czechy, Słowacja, Włochy, kraje nadbałtyckie, Rosja i Ukraina, do których można szybko dostarczyć świeże kwiaty. Z tego względu zrezygnowano z Francji czy Hiszpanii, gdzie ugruntowaną pozycję mają liderzy rynku, Holendrzy. Szacowane przychody firmy na ten rok zwiększą się o 10 proc. do ok. 110 ml zł, przy zysku ok. 10 mln zł. Przyczyniła się do tego specjalizacja produkcji – otwarcie nowych hal do uprawy mało znanych odmian orchidei. Obroty firmy rosną, ale sytuacja w przyszłości może ulec zmianie. Ponieważ rynek orchidei jest już bardzo nasycony, a z produkcją róż mocno napiera Afryka, firma zaczyna szukać luk na rynku kwiatowym.

Receptą Ptaszka na sukces jest ciężka praca i ciągłe pogłębianie wiedzy. Wiedzą o tym jego dzieci: Agnieszka, Michał i Jacek, którzy już teraz uczestniczą w życiu firmy, a w przyszłości przejmą ją po rodzicach. Po wyjściu z firmy biznesmen również nie próżnuje. Prezesuje Towarzystwu Przyjaciół Stężycy, które wybudowało na 30 ha kompleks rekreacyjny Wyspa Wisła, będący największą inwestycją społeczną w Polsce.

KP

http://jmpflowers.pl

5 blogów, które trzeba znać

Czy blogerzy rządzą internetem? A może całym światem? Na pewno wyznaczają trendy, pisząc o tym, co modne, nowe i w ich opinii pożyteczne. Krytykują, czasem chwalą, ale przede wszystkim inspirują swoich czytelników.

My postanowiliśmy przedstawić naszą, subiektywną, listę 5 najlepszych blogów o przedsiębiorczości, e-commerce, lifestyle’u, ale też o życiu z ich praktycznego punktu widzenia. Innymi słowy, każdy znajdzie w nich coś dla siebie.

1. Ranking rozpoczyna Michał Szafrański z http://jakoszczedzacpieniadze.pl/.Brzmi przewrotnie?

Michał Szafrański fot. blogroku.pl
Michał Szafrański fot. blogroku.pl

W czasach, gdy media z każdej strony osaczają nas, nakłaniając do kupna coraz bardziej niepotrzebnych gadżetów, a my, sfrustrowani, patrzymy na stan konta, blog Szafrańskiego powinien być obowiązkową lekturą do porannej kawy. Rzeczowo, z dystansem do siebie i do życia, autor przybliża tajniki rozsądnego gospodarowania budżetem. Ciekawie i z sensem pokazuje, że cięcie wydatków nie musi oznaczać pustej lodówki i spadku nastrojów. Jako potwierdzenie tej tezy, cytat z bloga Szafrańskiego: „Mam jedno zboczenie, z którym nauczyłem się żyć – od kilkunastu lat skrupulatnie spisuję wszystkie wydatki oraz przychody. Dzięki temu wiem o nich wszystko. Agentom ubezpieczeniowym nie raz opadła szczęka, gdy weryfikowałem ich prognozy podając im szczegółowe dane, np. ile dokładnie pieniędzy „zasiusiały” moje dzieci (sumaryczna kwota wydatków na pieluchy) albo ile dokładnie kosztowało mnie piwo na przestrzeni kilku lat. Ta świadomość kosztów czasami jest bolesna. Ale dzięki niej mogę dokładnie planować działania, rozsądnie obniżać koszty (nie wszystko warto robić) a także planować inwestycje – także te we własne dobre samopoczucie”. Zapowiada się ciekawie, nieprawdaż?
Linki: https://www.facebook.com/JakOszczedzacPieniadze https://twitter.com/szaffi

2. Blog „najmłodszego milionera w Polsce” – tak okrzyknięto Kamila Cebulskiego, autora http://www.kamilcebulski.pl/ .

Kamil Cebulski fot. materiały prasowe
Kamil Cebulski fot. materiały prasowe

Pisaliśmy o nim niedawno http://www.weare.pl/ 2014/08/03/raz-wozie-zambii-raz-wozem-polsce/ i chyba każdy chciałby się dowiedzieć, co ma dopowiedzenia osoba z taką biografią? Jak sam mówi, „udało mi się zrobić w życiu kilka dużych interesów”. W 2009 roku wycofał się z biznesu i teraz spędza życie tak, jak lubi. Prowadzi fundację oraz uczelnię, dużo pisze, publikuje. Posty są subiektywne, Cebulski pisze o przedsiębiorczości, o działalności prowadzonych przez siebie projektów, czasem streszcza spotkania czy rozmowy z ciekawymi ludźmi. Można powiedzieć, że pisze o życiu i biznesie w bardzo kulturalny, wyważony sposób.

3. Kolejny wart uwagi blog to hatalska.com – niekwestionowana liderka w kategorii blogów specjalistycznych.

Natalia Hatalska fot. materiały prasowe
Natalia Hatalska fot. materiały prasowe

Natalia Hatalska, od lat obecna na rynku (pracowała dla Wirtualnej Polski, Young Digital Planet czy Nivea Polska). Na jej blogu znajdziemy statystyki, raporty, relacje z wydarzeń. Dzięki przystępnej formie postów – przebrną przez nie nawet laicy i osoby kompletnie nie związane z branżą – jej blog wydaje się odpowiedni dla każdego. Hatalska nauczy podstaw e-commerce, współczesnego marketingu internetowego, pokaże trendy, a co najważniejsze, w ludzki sposób wytłumaczy zwroty i pojęcia współczesnego języka marketingowego. Dzięki słownikowi zamieszczonemu na stronie przez autorkę, zwroty takie jak „FLOGO” czy „PITVERTISING” nie będą nam obce.
Linki: https://www.facebook.com/hatalskacom https://twitter.com/hatalskacom

4. Ciekawie i z klasą o etyce w biznesie i zarządzaniu firmą, czyli twórczośc Andrzeja Blikle http://www.moznainaczej.com.pl/ .

Andrzej Blikle fot. Paweł Fabjański / Ag. SHOOTME
Andrzej Blikle fot. Paweł Fabjański / Ag. SHOOTME

Profesora można określić miarem góru zarządzania jakością. Posiada ogromne doświadczenie, którym chętnie dzieli się ze swoimi czytelnikami. Organizuje regularne konwersatoria, niedawno udostępnił do pobrania książkę, nad która pracował przez kilka lat. Niewielu zapewne wie, że profesor jest członkiem Rady Języka Polskiego, informatykiem, a także profesorem nauk matematycznych. Regularne przeglądanie strony może wiele nauczyć, przybliżyć tajniki filozofii zarządzania, ‘pracy z sensem’, a przede wszystkim, dowiedzieć się, w jaki sposób postępuje, co myśli i jaki jest Andrzej Blikle. Warto zajrzeć też tu: http://andrzejblikle.natemat.pl/

5. Na koniec inspirująco i lifestyle’owo, na luzie o podróżach: http://podrozniccy.com/

Anna i Jakub Górniccy fot. podrozniccy.pl
Anna i Jakub Górniccy fot. podrozniccy.pl

Podróżnicza rodzina, uczestnicy i organizatorzy wielu projektów podróżniczych i nie tylko. Kiedyś wybrali się w Tropiki śladami Stanisława Ignacego Witkiewicza, byli w Petersburgu, Singapurze, zwiedzili Sri Lankę. Ania i Jakub piszą o swojej pasji, o nowinkach technologicznych (miłośnicy dronów),a czasem lżej, bo o pierwszej wyprawie z małym dzieckiem. Posty są okraszone zdjęciami, które cieszą oko i inspirują. Może dzięki autorom bloga, którzy zwiedzili cały świat, my też wybierzemy się w niezapomnianą podróż?
Linki: https://www.facebook.com/podrozniccy http://instagram.com/podrozniccy