,,Niech nas zobaczą” – Karolina Breguła łamie stereotypy

Za „sztukę” uznaje się oryginalne i celowe działania twórcy mające wzbudzić emocje u odbiorcy z powodów estetycznych. Taki nadmiar emocji można sobie zafundować oglądając pracę młodej polskiej artystki Karoliny Breguły.

Karolina Breguła jest artystką multimedialną, autorką instalacji, happeningów, wideo i fotografii. Autorka głośnej pracy przeciwko homofobii i dyskryminacji “Niech nas zobaczą” jest również laureatką nagrody Samsung Art Master wyłaniającej najzdolniejszych młodych twórców. Została nominowana do konkursu “Spojrzenia” oraz wzięła udział w wystawie w Pawilonie Rumuńskim na 55. Biennale Sztuki w Wenecji.

W szkole podstawowej, gdy jej koleżanki grały w klasy, przyszła artystka uczyła się szwedzkiego z kaset magnetofonowych. Po roku na anglistyce, wyjechała do Sztokholmu, gdzie szlifowała język, dorywczo pracowała jako niania do dzieci oraz studiowała fotografię. Po kilku latach wróciła do Polski i rozpoczęła naukę w Europejskiej Akademii Fotografii. Z Warszawy przeniosła się do łódzkiej Filmówki, gdzie obecnie robi doktorat. Tam spotkała jednego ze swoich mistrzów – Józefa Robakowskiego, który prowadził zajęcia z szeroko pojętych nowych mediów. “Robakowski nauczył mnie, że ważne jest to, żeby wiedzieć, co ma się do powiedzenia.” – wspomina Breguła. “Będąc w szkole filmowej, zaczęłam myśleć jak artystka, zrozumiałam, że fotografia może być czymś więcej niż rzemiosłem, wyuczonym fachem.”

Breguła nie boi się poruszać trudnych społecznie tematów. Po studiach zrobiła pracę “Niech nas zobaczą” (2003), którą umieściła na billboardach i przystankach autobusowych w przestrzeni kilku miast. Zdjęcia przedstawiały portrety par homoseksualnych trzymających się za ręce. “Ten cykl zrobiłam w odpowiedzi na istotny problem społeczny” – mówi. Akcja rozpoczęła szeroką debatę społeczną i była pierwszą w Polsce kampanią społeczno – artystyczną, mającą działać przeciwko homofobii i dyskryminacji ze względu na orientację seksualną.

W 2013 roku – jej film Fire Followers (2013), będący podsumowaniem dotychczasowych poszukiwań artystki na temat funkcjonowania sztuki w społeczeństwie, był pokazywany na 55. Międzynarodowej Wystawie Sztuki – la Biennale di Venezia. Film opowiada historię małego miasteczka, leżącego gdzieś w północnej Europie, które od niepamiętnych czasów regularnie ginie w pożarze. Jego mieszkańcy pozbywają się wszelkich łatwopalnych materiałów, w tym dzieł sztuki. Podejrzenie pada na tajną organizację historyków sztuki, którzy niszczą dziedzictwo, żeby zrobić miejsce dla nowej twórczości.

Karolina Breguła from Culture.pl on Vimeo.

Karolina Breguła miała liczne wystawy indywidualne w takich instytucjach, jak: Atlas Sztuki, Łódź, Galeria Archeologia Fotografii, Warszawa, Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia, Gdańsk, Galeria Wschodnia, Łódź, Galeria Szara, Cieszyn, Neues Rathaus, Gottingen, Landtag, Stadt- und Landesbibliothek, Potsdam, Jugendzentrum Glad-House, Cottbus, Börgeramt Innerstadt, Köln. Jak również wystawy zbiorowe w: Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, Warszawa, Kunstlerhaus, Dortmund, Galeria Uqbar, Berlin, Muzeum Narodowe w Warszawie, Galeria Bielska BWA, Bielsko Biała, Galleri 5, Stockholm.

K.H.

„Pyk i Łyk” – czyli coś więcej niż szotbar w warszawskich pawilonach na Nowym Świecie

Miejsce to nie należy do największych. Wchodzi się od razu na kontuar, jakby do mieszkania bez przedpokoju. I to jest piękne, bowiem już przed słowami powitania, wpadamy w ramiona gospodarzy, w krąg tańca i alkoholu. W okamgnieniu stajemy się nowym ogniwem korowodu szczęśliwości. Czy mały metraż nie daje się we znaki? Bynajmniej! Dzięki wysokiemu stropowi zapominamy o groźbie klaustrofobii. Wiszące krążki winylowe z czerwonymi nalepkami polskiej wytwórni płytowej MUZA, łączą się z bardzo sugestywnym graffiti po lewej stronie. Pociągnięcia sprayu o odcieniu pieprznej Bloody Mary przedstawiają gorzelnicze szaleństwo. Na co nam miłość, jeśli możemy wyciągnąć moc poezji z trunku naszych przodków! Oto jakie określenia znajdujemy w „Polskim słowniku pijackim” Juliana Tuwima: wódka, wódeczka, wódzia, wóda, wódziunia, wódziuchna, wódziula, wódziulka, wódzisko, wódeczność, wódiola… Gdyby Tuwim dożył naszych czasów, ująłby to wszystko w trzech sylabach: „Pyk i Łyk”. Ukochałby ten szotbar Jan Himilsbach, Ireneusz Iredyński, jak i Charles Bukowski, a właścicielce i barmance w jednej osobie – Darii Okrasie – wręcz padli by do stóp.

Stałym bywalcom zdaje się, że znają jej nawyki, poczucie humoru, momenty, gdy odgarnia falujące blond włosy i posyła im uśmiech. Jednak prawdą jest, że to tylko pierwsze strony partytury, wstęp do większego utworu. Co tak naprawdę jej w duszy gra? Gdzieś w tym trudnym do ogarnięcia wnętrzu musi wiać ciepły wiatr idący od morza Tyrreńskiego, który z samego rana ślizga się po wyżynnych pasterskich szlakach, popołudniem ociera o drzemiących mieszkańców, przechwytując przy okazji posmak bakłażana z przyrządzonej spaghetti alla Norma, zaś pod wieczór odbija na wschód by zanurkować w Etnie. Im głębiej wchodzi w wulkan, tym bardziej wytraca prędkość i częściej rozbija się o zastygłe skorupy lawy, by w końcu przemienić się w parę o zapachu ziemskiej roślinności. Aromat ten pobudza niepewną wieczność Hefajstosa z cudzołożną Afrodytą. Nastaje ognista noc. Subtelną muzykę ludową skrytobójczo uśmiercają nieoczywiste jazzowe improwizacje nowojorskich klubów bebopowych. Nurt rozprężenia burzą szaleńcze zrywy, jakby przewidywalny temat rozpadł się pod presją nieokiełznanego saksofonowego chorusu. Aż nagle wszystko cichnie, utopione w zagadkowej konsystencji zmrożonej Soplicy – wódki ciągnącej się bez końca… Nikt tak naprawdę nie wie, co skrywa w sobie właścicielka „Pyka i Łyka”.

Daria, właścicielka “Pyk Łyk”

Wyznała, że zaczęła pracować już pod koniec liceum, skupiając się na gastronomii. Wśród mnóstwa „pomysłów na siebie” nieustannie przyświecał jej jeden cel – własny biznes. Poza tym zadziałały inspiracje filmowe. „Popchnął mnie do tego film Wygrane marzenia”, rozpromieniła się sentymentalnie Daria Okrasa, po czym dodała: „Chciałam mieć taki bar i tańczyć jak bohaterki.” A bohaterkami były silne, atrakcyjne dziewczęta, zwane „kojotkami” – od nazwy baru „Coyote Ugly”, do którego szło się z intencją wypicia zimnego piwa i obejrzenia wieczornego występu barmanek, nie stroniących od drapieżności i prowokacji. Za każdym razem udowadniały, że nie dają sobie w kaszę dmuchać. Klienci płci męskiej właśnie za to je uwielbiali.

Daria Okrasa ma wiele wspólnego z filmowymi idolkami. Musiała znaleźć w sobie ogromne pokłady siły, by przystąpić do batalii z biurokratycznym systemem naszego kraju. Kraju, w którym trzeba mieć papier na wszystko: od kominiarza, strażaka…ech, długo by wymieniać.

„Pyk i Łyk” jest owocem jej odwagi i poświęcenia, jednak Daria nie lubi się z tym obnosić. Dużo w niej skromności. Warto dodać, że niezwykle ciężko byłoby znaleźć równie otwartą osobę. Jest wspaniałą rozmówczynią, a kiedy trzeba także cierpliwą słuchaczką ludzkich problemów. Często dopiero wzmożony ruch klientów przy barze przypomina jej, że jest w pracy, a nie na piwie z przyjaciółmi. Wytworzył się dzięki temu osobliwy sposób prowadzenia biznesu – bezstresowy, trochę spontaniczny, co nie znaczy że nie efektywny. Dowodzi temu chociażby ranking warszawskich szotbarów, przeprowadzony przez magazyn Example.pl. „Pyk i Łyk” uplasował się na drugim miejscu z liczbą 828 głosów. (uwiarygadniający link: http://www.example.pl/najlepsze-miejsce-na-shota-ranking-55080.htm)

Nikt nie inwestuje w drogą reklamę. Informacja o lokalu rozchodzi się pocztą pantoflową. „Klienci bardzo często przychodzą z polecenia. Właśnie o to chodzi, by każdy czuł się dobrze i przyprowadził kolejną osobę. W zasadzie jest się „na mieście”, ale robimy wszystko by nasi goście czuli się jak „na domówce””, wyjaśnia Daria, która zadbała także o bibliotekę „Pyka i Łyka”. Nieprzerwanie trwa akcja: jedna oddana książka = jeden shot za 1 grosz! A wszystko w imię kultury!

„Nie jestem jedyną matką sukcesu”, śmieje się Daria. „Przed otwarciem lokalu skonsultowałam istotne rzeczy z przyjaciółmi, radząc się ich w sprawach strategii działania, jak też samego wystroju. Muszę jeszcze wspomnieć o moim najukochańszym bracie, który wyręczył mnie w wymyślaniu haseł na fanowskich koszulkach, kubkach i torbach.” T-shirty oraz akcesoria „Pyka i Łyka” można nabyć na stronie: http://pykilyk.cupsell.pl/

Co do rodziców, to przez długi czas utrzymywała w tajemnicy prowadzenie szotbaru. Gdy wszystko wyszło na jaw, zadeklarowali swoje wsparcie. „Przychodzą zawsze na Sylwestra”, mówi Daria. Bez dwóch zdań muszą być z niej dumni! Natomiast my, redakcja Weare.pl cieszymy się, że przedsiębiorcza studentka pierwszego roku studiów magisterskich na kierunku resocjalizacji (wcześniej trzy lata socjologii na UKSW) udowadnia jedno – można rozwinąć interes także bez dyplomu uniwersytetu ekonomicznego! Wystarczy pomysł oraz samozaparcie. No i szeroki uśmiech, który nie opuszcza Darii nawet na krok.

MS

Talerze z otrąb. Zmienił stuletnie młyny w fabrykę biodegradowalnych naczyń

Jerzy Wysocki był młynarzem z dziada pradziada. Młyny w Zambrowie i Giżycku należały do jego rodziny, która prowadziła je od ponad 100 lat. Był największym przedsiębiorcą w północno-wschodniej Polsce. Niestety kiedyś kwitnący biznes,w dzisiejszych czasach stał się utrapieniem dla pana Jerzego. Rachunek zysków i strat był przerażający: już kilka lat temu miesięcznie tracił nawet od 200 do 300 tysięcy złotych. Firmy w całej Polsce bankrutowały jedna za drugą, a dawne zakłady państwowe wykupowali Niemcy. Oprzeć się temu mógł jedynie potentat branży, właściciel Bakomy oraz marki Mąki Szymanowskiej – Zbigniew Komorowski – były poseł PSL oraz jeden z najbogatszych Polaków. Sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli, a wielu ludzi traciło pracę w zawodzie. Mniejsze firmy młynarskie plajtowały, co spowodowało strach przed bezrobociem również u Wysockiego. Wizje bankructwa były bardzo realne, albowiem 1,25 zł/kg to cena najlepszej mąki tortowej już na półce w supermarkecie. Aby nie dokładać do biznesu, Pan Jerzy musiałby sprzedawać mąkę po ok. 1,50 zł/kg. Nie mogąc zapędzić się w kozi róg, zaczął szukać wyjść awaryjnych, postanowił zrealizować jeden ze swoich wcześniejszych pomysłów – zagospodarowanie odpadów. W tym przypadku otrąb. Ten odpad jest zmorą każdego młynarza, nikt nie jest chętny do jego kupna – większość skierowana jest do utylizacji, a pozostała część to pokarm dla bydła. Na sam pomysł wykorzystania otrąb Wysocki wpadł już ponad 10 lat temu, “Jak otręby zmieszać z wodą, to czasem powstawały twarde grudy. Tak wpadłem na pomysł, żeby robić z tego naczynia do grilla” – opowiada przedsiębiorca. Jego eksperymenty trwały 5 lat : ile otrąb, ile wody, jak dużo pary wodnej i pod jakim ciśnieniem wszystko sprasować, żeby uzyskać trwały i satysfakcjonujący efekt. Do wszystkiego dochodził metodą prób i błędów. Sam również skonstruował maszyny do produkcji talerzy. Talerz jest gładki, twardy, ale lekki i nie rozmięka pod wpływem ciepłego jedzenia. “Po posiłku można go zwyczajnie schrupać jak wafelek. Na lepsze trawienie, bo to bomba z błonnika” – zachwala swój produkt Wysocki. W międzyczasie zdobył 3 patenty chroniące technologię i wyrób na całym świecie. Z pomocą rozwinięcia inwestycji przyszła spółka Aston Investments- powołana w celu rozpowszechnienia tej unikalnej technologii produkcji na skalę krajową, a następnie globalną.

“Trwa montaż maszyn. Zamierzamy produkować 15 mln sztuk naczyń rocznie. Wkrótce podpiszemy umowy z dwoma dużymi sieciami sklepów ekologicznych, ale zapytania nadchodzą już z całego świata” – mówi Małgorzata Then ze spółki Aston Investments, która chce skomercjalizować wynalazek polskiego młynarza.
W dzisiejszych czasach mamy do czynienia z ogromną konkurencją na rynku pracy. Zdarza się, że świeżo otwarte firmy szybko bankrutują, a na ich miejsce pojawiają się nowe. Przyczyną tego procesu często jest brak doświadczenia ze strony młodych ludzi, którzy czują presję rozwoju zawodowego. XXI wiek to stała gonitwa za tym, aby być lepszym od konkurencji, znajomych a nawet rodziny. Coraz trudniej znaleźć pełen etat i pracę, która jednocześnie będzie pasją. Współczesny rynek oferuje pracę na czarno, umowy śmieciowe bądź bezpłatne staże. Socjologowie znaleźli nawet odpowiednie określenie na tą grupę społeczną, nazywają ją : “generacją prekariatu” (prekariusz – pracujący na podstawie elastycznych form zatrudnienia ). Jeszcze kilkanaście lat temu ludzie wyuczeni w konkretnym zawodzie, pracowali w nim przez mniej więcej 20 lat, dzisiaj młody człowiek wielokrotnie zmienia miejsce pracy przed czterdziestką.

Poprzez niesamowity rozwój technologiczny w ostatnim czasie pojawiło się mnóstwo nowych zawodów, które wymagają zupełnie nowych kompetencji związanych z potrzebami współczesnego człowieka. Dlatego spotykamy się z tzw. problemem “przekwalifikowania” i naborem nowych umiejętności przez ludzi starszych, dla których emerytura nie jest płacą wystarczającą. Osoby w podeszłym wieku, często po przejściach tracą nadzieję i poczucie wartości. W celu zdobycia dodatkowych kilku “groszy” chwytają się prac dodatkowych, które nie zawsze są lekkie i satysfakcjonujące. Najczęściej osoby starsze możemy spotkać na takich stanowiskach jak: sprzątaczka, sprzedawca, opiekunka czy ochroniarz.
Niestety, jak kiedyś tak i dziś walka o pracę to podstawowy element życia codziennego. To samo możemy powiedzieć o kreatywności. Aby zaistnieć i mieć z tego dobre korzyści podstawą jest głowa pełna pomysłów, chęć pracy i chęć rozwoju osobistego. Jedną z zasad każdego prawdziwego Polaka jest zawziętość, pokazanie innym, że nie poddamy się po pierwszej porażce. Jeśli los zsyła masę niepowodzeń powinniśmy szukać nowych, innowacyjnych rozwiązań. Ludzie z wiekiem tracą nadzieję na swoją przyszłość, jednak jak udowodnił nam Jerzy Wysocki – wiek nie jest przepaścią nie do przeskoczenia. On sam w sobie jest niesamowitym przejawem przedsiębiorczości, osobą, która wciąż wprowadza coś nowatorskiego i szuka wielu dróg na poprawienie swojego bytu.
Produkt Jerzego Wysockiego może stać się dużym przełomem w branży ekologicznej, szczególnie w państwach takich jak Niemcy czy Norwegia, które przywiązują duża wagę do tej dziedziny. Miejmy też nadzieję, że pomysł młynarza oraz jego upór w dążeniu do celu będzie motywacją dla innych, którzy boją dzielić się swoimi marzeniami szczególnie będąc w sile wieku!

AO

Wielka oskarowa noc. Polska Ida z Oskarem!

To fantastyczna noc dla polaków i polskiego kina. W kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny główną nagrodę Akademii Filmowej otrzymał film Ida w reżyserii Pawła Pawlikowskiego, w którym role pierwszoplanowe grają Agata Trzebuchowska oraz Agata Kulesza. Scenariusz to wspólna praca reżysera – Pawła Pawlikowskiego i Rebecca Lenkiewicz wyprodukowany przez Opus Film.

Oskara z rąk Nicole Kidman odbierał Paweł Pawlikowski i chwilę później stwierdził: “Nie wiem jak się tu dostałem, zrobiłem czarno-biały film o potrzebie spokoju, wycofania ze świata i kontemplacji. I oto jestem, w tym zgiełku, w centrum światowej uwagi”. “To fantastyczne, życie jest pełne niespodzianek”- dodał.

Film Ida jest dramatem psychologicznym – historią powojennych losów społeczności żydowskiej w Polsce. Czarno-biały obraz, w zdjęciach Łukasza Żala i Ryszarda Lenczewskiego – również nominowanych do Oskara przedstawia wędrówkę w poszukiwaniu prawdy o przodkach siostry zakonnej- filmowej Idy i sędzi okresu Polski Ludowej.

Ida ma już na koncie takie polskie nagrody jak: – Orły, w tym dla najlepszego filmu, Złotej Żaby na Festiwalu Camerimage oraz pięciu Europejskich Nagród Filmowych m.in dla najlepszego filmu europejskiego oraz laureatem za najlepszy film nieanglojęzyczny Brytyjskiej Akademii Filmowej. Obraz zdobył też nominacje za najlepszy film zagraniczny do Złotych Globów, nagrody Goya, Satelita, Independent Spirit Awards, David di Donatello, Guldbagge.

"The Woman In The Fifth" And "Grazia E Furore" Premiere - 6th International Rome Film Festival
Reż. Paweł Pawlikowski
scena z: Agata Trzebuchowska, SK:, , fot. Kurnikowski/AKPA
Aktorka Agata Trzebuchowska
Agata Kulesza copy. gala
Aktorka Agata Kulesza

 

Dobrego oskarowego dnia życzymy wszystkim miłośnikom kina i innym cieszącym się z wielkiego sukcesu twórców Idy.

 

Pomysł na Walentynki pilnie poszukiwany! 6 sposobów jak można je spędzić

Dzień zakochanych zbliża się wielkimi krokami. Jesteś spanikowany/a bo nie wiesz co masz dać swojej drugiej połówce. Nie martw się my Ci pomożemy!
Najlepiej zainwestować ww wrażenia, bo one pozostają w pamięci najdłużej, a czasem nawet na zawsze.
Oto kilka propozycji na spędzenie wyjątkowego walentynkowego dnia z ukochaną osobą…

Startujemy:

1. Nierealny Teatr Realium (Lublin)

realium wearepl

Jeśli lubicie się śmiać, to propozycja Teatru Realium ,, Komedie Walentykowe,, będzie dla Was idealna. Teatr Realium rzuca nowe światło na święto wszystkich zakochanych. Walentynki ukazane w krzywym zwierciadle zwariowanych skeczy kabaretowych, amerykańskich komedii teatralnych, impro oraz muzyki na żywo ubawią was do łez.

2. Walentynkowe Muzeum Narodowe

muzeum narodowe warszawa wearepl

Muzeum Narodowe w Warszawie też was nie zawiedzie. Jedną z wielu atrakcji jest odkrywanie znanych historii miłosnych w dziełach twórców z różnych epok. A to wszystko w ramach wykładu Urszuli Król – “Literackie historie miłosne na płótnach wielkich malarzy”. Tego dnia będziecie mogli zafascynować się losami najbardziej gorących kochanków w historii literatury! Specjalnie z okazji Walentynek Muzeum przedłuża swoje godziny otwarcia i wszystkie wystawy będzie można oglądać aż do godziny 21.00.

4. Boylesque

Boylesque Show walentynki wearepl warszawa

Jeśli Twój mężczyzna jest tolerancyjny, możesz się z nim wybrać na męską burleskę Boylesque Show do Teatru Druga Strefa w Warszawie. Jest to pierwszy w Polsce, pełnowymiarowy spektakl męskiej burleski z udziałem pięciu artystów oraz niekwestionowaną królową i pionierką burleski w Polsce – Betty Q.

5. Nie lada czekolada

manufaktura przyjemności wearepl

A może lubicie zatapiać usta w aksamitnej czekoladzie i fascynuje Was technologia produkcji tego boskiego pokarmu. Jeśli tak to koniecznie wybierzcie się na warsztaty do Manufaktury Czekolady w Łomiankach. Jedynie tam zrobicie swoją własną czekoladę od ziarenka do tabliczki. Warsztaty odbędą się 14 lutego o godzinie 16.

6. Bal Samotnych Serc

Bal_Samotnych_Serc_w_Rege wearepl walentynki

Nie masz drugiej połówki z którą mógłbyś/mogłabyś świętować Walentynki. Nic jeszcze straconego! Klub Regeneracja w Warszawie dzień przed Walentynkami organizuje Bal Samotnych Serc, dla wszystkich tych, którzy pragną poznać swoją drugą połówkę. Przy wejściu na imprezę na wszystkie Panie i Panów będą czekać osobne kotyliony, a dla tych, którzy tego wieczoru odnajdą swoją parę przygotowano darmowe drinki w barze.

Wesołego Walentego!
K.H.

11-letnia dziewczynka z naukowcami z WAT-u i rekordem Guinnessa na lodzie! Polacy znów pozytywnie zaskakują świat!

Co łączy 11-letnią Polkę, rekord Guinnessa i naukowców z Wojskowej Akademii Technicznej? Olivia Rybicka – Oliver pobiła 19 stycznia na Stadionie Narodowym rekord Guinnessa i rekord świata w kręceniu piruetów na lodzie w ciągu 1 minuty. Do pomiaru obrotów użyto aplikacji, którą specjalnie na tę okazję stworzyła grupa naukowców z WAT.

Poprzedni rekord należał do 26-letniej Rosjanki Natalii Konnonikowej. W 2006 roku na arenie Rockefeller Center w Nowym Jorku udało jej się wykonać 308 obrotów na minutę.
Polce udało się pobić wynik Rosjanki. Po dokonaniu pomiarów okazało się, że w ciągu minuty wykręciła 342 obroty. Olivia tak komentowała pobicie rekordu – „Jestem bardzo szczęśliwa. Ostatnio trenowałam pięć razy w tygodniu po trzy godziny dziennie. Opłaciło się”. 11-latka już siedem lat temu odkryła u siebie talent łyżwiarski, zaś profesjonalnie trenuje od 4 lat.
Na plecach Olivii umieszczono specjalny nadajnik, który monitorował piruety. Techniczne zaplecze do pobicia rekordu zapewnili naukowcy z WAT, projektując specjalnie na tę okazję aplikację z sensorem.
Jest to bardzo specyficzne narzędzie, jednak może mieć też zastosowanie w przyszłości w życiu codziennym np. będzie mogło służyć do kalibracji gramofonów. Dzięki niemu słuchacz będzie mógł cieszyć się najwyższej jakości muzyką – powiedział major Mariusz Chmielewski.

Naukowcy z Wojskowej Akademii Technicznej mieli za zadanie zaprojektować urządzenie, które zmierzy liczbę obrotów wykonanych w powietrzu przez łyżwiarkę. Do tej pory nie było tego typu urządzenia, a żaden producent nie chciał podjąć się produkcji tylko jednego egzemplarza. Sprawa była o tyle skomplikowana, że bez odpowiedniego sprzętu, pomiar nie mógłby się odbyć, czyli próba pobicia rekordu skończyłaby się jeszcze zanim Olivia weszłaby na taflę lodowiska.

Wyzwanie podjął zespół z Wojskowej Akademii Technicznej, dowodzony przez majora Mariusza Chmielewskiego z Wydziału Cybernetyki. Stworzono nawet specjalną aplikację na smartfona, dzięki której można było uzyskać informację, czy rekord został pobity.
Co więcej, całemu eventowi przyświecał szczytny cel. Jego organizatorem była Fundacja Dziecięca Fantazja, wspierająca dzieci nieuleczalnie chore lub z chorobami zagrażającymi życiu. Dzięki Olivii, zysk z akcji pobijania rekordu Guinnessa na Stadionie Narodowym, zasilił konto Fundacji i umożliwił spełnienie marzeń chorych dzieci. Ta młodziutka Polka na co dzień mieszka w Kanadzie. Wszyscy jesteśmy pod wrażeniem jej odwagi i determinacji. Życzymy dalszych sukcesów sportowych i społecznych!

MM