Kujawsko-Pomorskie otwiera się na startupy!

Już niedługo powstaną tam aż trzy inkubatory przedsiębiorczości – we Włocławku, Toruniu i Bydgoszczy. To znaczące wydarzenie na polskiej mapie start up’owego świata i solidne wsparcie dla regionu. Pierwsze Inkubatory Przedsiębiorczości powstawały w Polsce jeszcze zanim wstąpiliśmy do Unii Europejskiej. Na przestrzeni lat ich popularność wzrastała wraz z możliwościami. Obecnie można je spotkać w każdym większym polskim mieście. 

Czym są Inkubatory Przedsiębiorczości?
Jest to rozwiązanie dla nowo powstających firm (nie starszych niż rok), o dużym potencjale, istotnych z perspektywy lokalnego rynku i tworzących nowe stanowiska pracy. Celem projektu jest stworzenie udogodnień umożliwiających rozwój firmom, start up’om, które nie byłyby w stanie funkcjonować bez pomocy na początkowym etapie działalności. Aby móc skorzystać z dobrodziejstw Inkubatorów należy zakwalifikować się do programu. Każda placówka posiada odrębną politykę naboru, dostosowaną do panujących warunków w regionie. Dodatkowo kandydat powinien posiadać biznesplan, być w stanie generować zysk, odprowadzać podatki i zatrudniać maksymalnie 5 osób. Nie ma stałych zasad co do rodzaju prowadzonej działalności, preferowana branża to usługi bądź produkcja. Okres pobytu w Inkubatorze to 3-5 lat. Sugeruje się, że po takim czasie firma jest w stanie funkcjonować samodzielnie. Z czysto praktycznego punktu widzenia, przedsiębiorstwa objęte programem Inkubatorów mogą liczyć na elastyczny system najmu powierzchni – stawki za metr są w 70% niższe od cen rynkowych – średnio o 46,7%. Wszystko zależy od statusu firmy. Nowi członkowie mogą liczyć na wiele udogodnień, a w tym brak opłat na początku działalności w Inkubatorze, następnie stopniowy ich wzrost.
Ogromnym wsparciem dla Regionalnych Inkubatorów Przedsiębiorczości i ich rozwoju są dotacje z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Według raportu dotyczącego innowacyjności w Polsce w 2014 „identyfikuje się w Polsce 176 aktywnych ośrodków innowacji i inkubatorów przedsiębiorczości (w tym 130 ośrodków innowacji), które funkcjonują w ramach 137 instytucji prowadzących.”*
Najwięcej Inkubatorów znajduje się na południu Polski. Mazowsze wypada najsłabiej.

Co ciekawe, większość ośrodków zlokalizowanych jest w Polsce południowej, ponieważ ok 41%, na północy jedynie 21%. Pozostałe 38% to ośrodki działające w Polsce centralnej. Na każdym z obszarów można określić regionalnego lidera. Na południu jest to województwo śląskie, w centrum wielkopolskie, na północy zachodniopomorskie.

Koncentrując się bardziej na województwie kujawsko-pomorskim, gdzie dzięki pomocy z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, otwarte zostaną 3 inkubatory w strategicznych miastach regionu – Bydgoszczy, Włocławku, Toruniu, można wysnuć tylko pozytywne wnioski dla całego regionu. Sytuacja w kujawsko-pomorskim nie jest zbyt korzystna dla młodych przedsiębiorców. Jest to drugie (zaraz po warmińsko-mazurskim) województwo z najwyższą stopą bezrobocia wynoszącą około 15,4 % (Włocławek ok. 19%, Toruń 9%, Bydgoszcz 8%). Liczba mieszkańców to lekko ponad 2mln, zaś liczba firm oscyluje wokół 200 tys. Biorąc pod uwagę już tylko te dane, w kujawsko-pomorskim potrzebna jest zmiana na rynku pracy.
Inkubatory stanowią poważne wsparcie dla start upo’wców, dla studentów i absolwentów. Z tego powodu projekt cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Z drugiej strony, dzięki powstającym Inkubatorom Przedsiębiorczości, zabytkowe i niezagospodarowane budynki, zyskają nowe życie. Już w tym roku Bydgoszcz, Włocławek i Toruń otrzymają prawdziwy zastrzyk start up’owej energii. Zyskają nowe placówki wraz z infrastrukturą techniczną, wyposażeniem niezbędnym do pracy, w tym nie tylko biura, ale też sale konferencyjne i wypoczynkowe. Dzięki temu, że Regionalne Inkubatory Przedsiębiorczości oferują profesjonalne usługi doradcze wraz z bazą szkoleniową i warsztatową, a program obejmuje nawet wsparcie administracyjno-prawne, młodzi przedsiębiorcy będą mieli ułatwiony start z własnym pomysłem na biznes.

Gdzie powstaną 3 Regionalne Inkubatory Przedsiębiorczości?

W Bydgoszczy Inkubator będzie znajdował się w zabytkowym poszpitalnym budynku o powierzchni 555 metrów. W obiekcie znajdzie się 14 biur, sala konferencyjna, pomieszczenia socjalne, wypoczynkowe, techniczne i magazynowe. Całkowita wartość inwestycji to ok. 6,2 mln zł, z czego ponad 2,5 mln pochodzi z RPO (Regionalnego Programu Operacyjnego) Województwa Kujawsko-Pomorskiego.

W toruńskim Inkubatorze znajdzie się m.in. 27 biur, dwie sale konferencyjne, dwa biznesroomy i pomieszczenia socjalne. Kujawsko-Pomorski Fundusz Pożyczkowy oraz Kujawsko-Pomorska Agencja Innowacji będą pierwszymi lokatorami tej placówki. Projekt szacuje się na 14,3 mln zł, uzyska unijne dofinansowanie w wysokości ok. 4,1 mln zł.

We Włocławku na Inkubator wybrano budynek po szkole muzycznej i przychodni medycyny pracy, w którym funkcjonować będzie 17 biur o łącznej powierzchni 430 metrów kw. Koszt inwestycji wyniesie 6,6 mln zł, z czego ponad 2,7 mln stanowią środki z RPO.
Koncepcja Inkubatorów Przedsiębiorczości jest rentowna i przynosi profity w stosunkowo krótkim czasie. Wsparcie udzielane firmom owocuje zdobywanymi przez nie nagrodami i wyróżnieniami. Według raportu na temat innowacyjności, 65 wspieranych firm w parkach i inkubatorach zdobyło laury w różnych krajowych konkursach, a 8 również w międzynarodowych. Nam nie pozostaje nic innego niż trzymać kciuki za powstające ośrodki, życzyć sukcesów przedsiębiorstwom „wykluwającym się” z Inkubatorów!

MM

*Na podstawie „Ośrodki innowacji w Polsce (z uwzględnieniem inkubatorów przedsiębiorczości). Raport z badania 2014” PARP/ www.pi.gov.pl

Polacy liderami na rynku aplikacji – Kinetise

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak można stworzyć aplikację? A może wydawało Wam się to zbyt skomplikowane i czasochłonne? Polacy znaleźli na to sposób. Stworzyli Kinetise – kreator aplikacji mobilnych na systemy IOS, Android i Windows Phone, dzięki któremu stworzycie aplikację w mniej niż 24 godziny.

Artykuł został opublikowany na portalu Pierwszy Milion

Z perspektywy użytkownika sprawa jest bardzo prosta. Rejestracja jest darmowa, a aplikację projektuje się w przeglądarce, w trybie graficznym. Właściwie nie jest nawet do tego potrzebny programista, choć wskazane jest zatrudnienie grafika. Wszystkie elementy aplikacji projektuje się krok po kroku w kreatorze.
Dostępne są szablony, więc jeśli chcemy stworzyć aplikację dla konferencji, restauracji czy sportowej ligi, a nie mamy przy tym zbyt wygórowanych wymagań, sprawa będzie jeszcze prostsza. Jednak twórcy Kinetise deklarują, że stworzenie nawet bardziej zaawansowanych aplikacji, przy których nie będziemy posiłkować się gotowymi szablonami, nie powinno trwać dłużej niż 24 godziny.
Samo projektowanie i podgląd aplikacji są darmowe. Kinetise nie ogranicza bowiem w żaden sposób dostępu do kreatora, a aplikację w przeglądarce możemy testować w nieskończoność. Biznes pojawia się, gdy chcemy aplikację skompilować i opublikować w sklepach. Wtedy dopiero pojawi się opłata. Ale jednorazowa, bo najważniejszą zaletą Kinetise jest to, że umożliwia tworzenie aplikacji równocześnie na iOS, Androida i Windows Phone. I wszystkie trzy wersje zostaną równolegle wysłane do odpowiednich sklepów.

Wspólny mianownik

Wszystko zaczęło się od Billa Gatesa. Współzałożyciel i były prezes Microsoftu powiedział kiedyś, że świat dąży do tego, by wszystkie gadżety zbiegły się do jednego urządzenia. Telefonu komórkowego.
Uwierzyłem w tę wizję – przyznaje Piotr Pawlak, pomysłodawca Kinetise.
Był rok 2006. Na rynku telefonów komórkowych królowała Nokia, najpopularniejszym systemem operacyjnym był Symbian, a iPhone miał pojawić się dopiero rok później. Założona przez Pawlaka spółka Fun and Mobile początkowo specjalizowała się więc w marketingu mobilnym – głównie w konkursach SMS-owych, później tworzyła aplikacje na Symbiana, m.in. dla Onetu, Nestlé i brytyjskiego „Guardiana”.
Wraz z rozwojem rynku Fun and Mobile ewoluował z agencji marketingu mobilnego w software house, wykonujący zlecenia dla klientów krajowych i zagranicznych. W gronie tych pierwszych jest m.in. polski oddział Hyundaia, który zamówił aplikację na iPada dla sprzedawców. Zetknął się z nią każdy, kto pytał w salonie o nowy model auta tej marki. Innym dużym projektem był system CRM dla pewnego giganta z branży FMCG, dla którego firma stworzyła nie tylko aplikację na iPada, ale także serwery zbierające i przetwarzające dane, wykorzystywane przez handlowców z 80 krajów świata.

Projektów było znacznie więcej, a z każdym kolejnym Piotr Pawlak utwierdzał się w przekonaniu, że wszystkie są tak naprawdę do siebie podobne.
– Doszliśmy do wniosku, że pewne procesy da się zautomatyzować – wspomina. A skoro można ułatwić pracę własnej firmie, dlaczego nie spróbować zaoferować tego publicznie?
Prace nad stworzeniem narzędzia, które miało przyspieszyć tworzenie aplikacji, trwały cztery lata. Czasochłonne było programowanie, ale też prace koncepcyjne.
– Na początku nie byliśmy pewni, jakie funkcje chcemy mieć w Kinetise – wspomina Piotr Pawlak.
I właśnie dlatego pierwsze dwa prototypy wylądowały w koszu. Programowanie ostatecznej trzeciej wersji rozpoczęło się w styczniu 2013 roku.

Produkt, nie usługa

Przez cały czas Kinetise był dla Fun and Mobile projektem pobocznym. Działalność firmy finansowały i cały czas finansują zlecenia od klientów, którzy potrzebują wykonania konkretnej aplikacji, z reguły dość skomplikowanej. To solidny biznes. Choć obecnie Kinetise zajmuje się ok. 20 pracowników, czyli połowa firmy, Piotr Pawlak deklaruje, że Fun and Mobile ani przez chwilę nie miało z tego powodu problemów z płynnością finansową. Rozwój kreatora oraz całego przedsiębiorstwa cały czas finansują realizowane dla klientów projekty. Przyznaje jednak, że ma nadzieję, iż sytuacja ta się odwróci.
– Software house to fajna działalność i projekty. Rozwijamy się, zatrudniamy coraz więcej pracowników i wszyscy są zadowoleni. Ale to są usługi – mówi.
Problem z usługami jest taki, że aby na nich zarabiać, trzeba cały czas je świadczyć.
– Oczywiście nie jest tak, że od raz stworzonego produktu można wiecznie odcinać kupony – wyjaśnia pomysłodawca Kinetise i wskazuje, że np. pojawił się nowy system iOS 8, który wymusił zmiany w aplikacjach na iPhone’a.
Ale zarabianie po jego wydaniu nie wymaga już tak dużego zaangażowania twórcy.
Kolejna korzyść to cena. Stworzenie aplikacji w kreatorze jest znacznie tańsze od zlecenia wykonania jej wyspecjalizowanej firmie. I choć Piotr Pawlak liczy się z tym, że Kinetise będzie produktem, który odstraszy od jego firmy część klientów, a inni zapłacą mu mniej niż za zrobienie aplikacji od zera, ma nadzieję, że kreator wzbudzi znacznie większe zainteresowanie, a to zrekompensuje wszystkie te straty z nawiązką.

Tysiąc aplikacji do połowy 2015 roku

Wspomniany produkt kosztuje 999 dolarów. W tej cenie klient otrzymuje kompilację trzech wersji aplikacji oraz przesłanie jej do App Store, Google Play i sklepu z aplikacjami dla Windows Phone. W przyszłości mają pojawić się także wersje na BlackBerry (o ile do tego czasu platforma nie padnie – zaznacza Pawlak) oraz w języku Java – na najprostsze telefony. Te ostatnie w Polsce spotykane są wprawdzie coraz rzadziej, ale Kinetise to produkt oferowany na całym świecie, także w krajach rozwijających się, gdzie smartfony wciąż stanowią mniejszość. Pierwsza aktualizacja jest darmowa, a kolejne będą sprzedawane w tańszych pakietach.
Dotychczas 999 dolarów zapłaciło dwóch klientów. W sklepach jest też kilkanaście innych aplikacji, zrealizowanych w ramach barteru lub promocji. To na tej ostatniej swoje wysiłki skupia dziś Fun and Mobile. A Piotra Pawlaka niemal równie często co przed laptopem można spotkać na kolejnych technologicznych imprezach.
Efekty są już widoczne. Po wizycie na wrześniowej konferencji TechCrunch Disrupt w San Francisco polskim pomysłem zainteresowała się telewizja BBC, która nakręciła o Kinetise reportaż. Prezentacje za granicą budzą zainteresowanie potencjalnych partnerów.
– Prowadzimy rozmowy z dużą platformą blogową na temat aplikacji dla wszystkich jej użytkowników – mówi Piotr Pawlak, podkreślając, że chętnych do współpracy jest jeszcze więcej.
Twórca Kinetise postawił sobie zadanie: sprzedać tysiąc aplikacji do połowy 2015 roku.
– Wierzę, że jest to możliwe. Powiem więcej, jeśli w połowie przyszłego roku nie sprzedamy tysiąca aplikacji, zacznę się martwić – mówi.
Fun and Mobile działa samodzielnie, ale to może się wkrótce zmienić. Pawlak bardzo poważnie myśli bowiem o rynku amerykańskim. Szuka partnera, inwestora, który pomógłby mu w otwarciu drzwi w Dolinie Krzemowej. Bo choć dodatkowego kapitału nie potrzebuje, wie, że aby dotrzeć do amerykańskich klientów, musi się podzielić. Jeśli nie prowizją ze sprzedaży, to zyskiem. A potem?
– Potem chcemy zawojować świat – żartuje Piotr Pawlak, choć jego mina zdradza, że nie jest to tylko żart.

http://kinetise.com
http://pierwszymilion.forbes.pl

Bohatera masz we krwi – WAMPIRIADA – studenckie honorowe krwiodawstwo

Czy zdajesz sobie sprawę, że w Polsce krew jest potrzebna średnio co 15 sekund?
Czy wiesz, że oddana jeden raz może uratować życie aż trzech osób?
Nie czekaj. Zacznij działać – bohatera masz we krwi!

Niezależne Zrzeszenie Studentów Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie serdecznie zaprasza wszystkich studentów i pracowników Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, mieszkańców stolicy i okolic oraz wszystkich chętnych do wzięcia udziału w akcji Wampiriada. Już po raz osiemnasty we współpracy z Regionalnym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Warszawie organizujemy zbiórkę krwi. Tegoroczna edycja Wampiriady odbędzie się w dniach 5, 89 grudnia na parkingu za budynkiem G Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie (Al. Niepodległości 162). Dla każdego krwiodawcy przygotowane zostaną specjalne torby z licznymi upominkami.

Wampiriada jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych projektów charytatywnych Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Ogólnopolska zbiórka krwi organizowana jest dwa razy do roku – jesienią i wiosną. Już od 15 lat propagujemy wśród studentów i mieszkańców Warszawy ideę honorowego krwiodawstwa, a między innymi dzięki wsparciu Naszych Partnerów z roku na rok odnotowujemy wzrost ilości zebranej krwi.

Współczesna medycyna wciąż szuka środka, który zastąpiłby tak konieczny do życia składnik, jednak na razie nie udało się go znaleźć. Dlatego pragniemy, aby oddawanie krwi stało się rzeczą naturalną i powszechną. 3 dni akcji to około 81000 ml oddanej krwi, która może uratować mnóstwo ludzkich żyć!

Zapraszamy również do odwiedzenia naszej strony internetowej:http://www.wampiriada.nzssgh.pl, gdzie znajdują się wszystkie niezbędne informacje dotyczące krwiodawstwa oraz na naszego fanpage’a: www.facebook.com/wampiriada.sgh.

Nie młotem, a gitarą kują talenty. Kuźnia Gitarzystów.

Gdzie się uczyć gry na gitarze? Internet pełen jest różnych materiałów instruktażowych, forów poradniczych, czy tabulatur największych hitów. Możliwości co niemiara! Niestety domorosłe muzykowanie często wiąże się z chmarą błędów i niedociągnięć. KUŹNIA GITARZYSTÓW została stworzona po to, by niszczyć je w gardłach buchających pieców i przekuwać w wirtuozerię.

Ździebko przesadziłem z tymi buchającymi piecami. To prawda, są piece, piecyki lub wzmacniacze gitarowe jak ktoś woli, ale wypływające z nich para i ogień pozostają raczej w sferze abstrakcji. Odległej? Jimi Hendrix pokręciłby przecząco głową i zagrał zaledwie pięć akordów legendarnego „Hey Joe”: C-dur, G-dur, D-dur, A-dur, E-dur. „Pięć akordów i muzyczny trans gotowy”, zaśmiałby się, podniósł gitarę do ust i zaimprowizował solówkę zębami.

Pieszcząc kciukiem tył gryfu i dociskając struny do progów wprawia się instrument w skrajności: od łkania do śmiechu, a przy tym wznieca się pożar w pudle rezonansowym i we własnym sercu. Nauczyciele KUŹNI GITARZYSTÓW robią wszystko, aby razem z uczniami odprawić ten ezoteryczny rytuał. Oczywiście dopingują ich “z góry” legendy sześciu strun (dwunastu? – również!) i ,obowiązkowo, starożytne muzy Erato z Terpsychorą, którym nie była obca kitara czy lira. Słyszałem, że Terpsychorę rzeźbiarze często przedstawiali z plektronem – taką starogrecką kostką do szarpania strun. Sylwetki muz, zastygnięte w ruchu gdzieś na Peloponezie, pod pokrywą ociosanego kamienia nucą, że wprawdzie są trochę nadszarpnięte zębem czasu, ale blues, jazz, rock… właśnie rock – (!) – buntowniczy, szczery rock w żadnym razie nie umarł dwadzieścia, czy trzydzieści lat temu, jak co poniektórzy twierdzą, ale wciąż może uobecnić się tu i teraz. A w KUŹNI GITARZYSTÓW brzmi całkiem dobrze. Czasem warto posłuchać starszych.

Hey ! Mr. Tambourine Man, play a song for me

I’m not sleepy and there is no place I’m going to (…)

Tak śpiewał Bob Dylan. Sceptyczny Bob Dylan. Zagubiony Bob Dylan. Było jeszcze gorzej w momencie gdy zaczynał. Godzinami słuchał folkowych płyt, mozolnie naśladując wykonawców, a trafiwszy do Nowego Jorku doskonalił technikę w ciemnych klubach przy MacDougal Street na Greenwich Village. Pewnie szybciej zdobyłby szczyty, gdyby gdzieś na Manhattanie była szkółka gitarowa na kształt KUŹNI GITARZYSTÓW. Ech…nie mieli szczęścia ci Nowojorczycy.

Mają je natomiast Białostocczanie i Warszawiacy! KUŹNIA GITARZYSTÓW w Białymstoku mieści się przy ulicy Fabrycznej 18, zaś w Warszawie przy al. Solidarności 119/125. Tak…to tuż obok niedawno zlikwidowanego kina Femina, którego miejsce zajmie kolejna “Biedronka”. Z okien KUŹNI z pewnością widać było cios zadawany historii stolicy: kino otwarto w 1938 roku, w czasie okupacji przemianowano na rewię niemiecką, później znalazło się ono w obrębie getta… ktoś z KUŹNI musi napisać o tym sentymentalną balladę.

Na przykład założyciel KUŹNI GITARZYSTÓW – Bartosz Hołownia. Wykształcenie ma wszechstronne jak na znakomitego muzyka i zarządzającego przystało. Uczył się na dwóch renomowanych uczelniach: w klasie gitary w Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina oraz w Szkole Głównej Handlowej na kierunku Marketing i Zarządzanie. KUŹNIĘ oparł na systemie trzech poziomów: podstawowego, średnio zaawansowanego i zaawansowanego. Jej drzwi są otwarte dla wszystkich, bez ograniczeń wiekowych. Tym samym zapisać mogą się ci, co jeszcze nie trzymali gitary w dłoniach; ci, co zdobyli już pierwsze sznyty; oraz ci, których na jamach obwołują „wymiataczami”. Jak wiemy, określenie „wymiatacza” nie zwalnia grającego z ćwiczeń i pogłębiania tajników muzyki. W końcu dla tych prawdziwych „wymiataczy” szlifowania do perfekcji rajdu po gryfie nigdy nie jest mało. A jeśli najdzie ich chęć na sparing solówek i riffów, to w KUŹNI znajdą godnych siebie przeciwników. Jednak z góry uprzedzam: Bartek Hołownia wychowywał się na rocku i metalu, a na dzień dzisiejszy jest prawdziwym koneserem bluesa w każdej odmianie. Mógłbym jeszcze długo opisywać muzyczny szlak, którym podąża Bartek; jego naukę u wybitnych: Artura Lesickiego, Krzysztofa Barcika, czy Leszka Potasińskiego, kooperację z Ewą Szlachcic i zespołem „Way No Way”, udział na Międzynarodowych Warsztatach Jazzowych w Puławach, posadę gitarzysty sesyjnego grającego m.in. dla Krzysztofa Kiljańskiego, Ady Szulc, orkiestry Tomka Szymusia…, przy tym nie zapominając o prestiżowych nagraniach programów telewizyjnych takich jak: „Taniec z Gwiazdami”, „X-Factor” oraz „Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu”, zachwycał również w orkiestrach musicali „Metropolish” oraz „MusicaLove”. Dużo tego, przyznajcie?

Pozostali członkowie kadry są jak dźwięki gitary legendy bluesa – B.B. Kinga, który od kilku dobrych lat pojawia się na scenie ze swoim autorskim Gibsonem „Lucille”. B.B. King to niekwestionowany król. Jego kariera sięga 1948 roku! Zaczął zaledwie trzy lata po zakończeniu II-giej wojny światowej i wciąż jeździ w trasy. Jakim cudem? Nie umniejszając jego głosowi, widziałbym odpowiedź w unikalnym stylu gry. Od B.B. Kinga nie wymaga się szybkich pasaży, technicznej gimnastyki. Wystarczy kilka dźwięków w których jest wszystko. Myślę, że KUŹNI GITARZYSTÓW zadedykowałby kawałek „Playin’ With My Friends”:

Everybody’s gonna stand up,
Play their favorite tune
You can pick any tune you want to,
As long as it’s the blues 

Jak długo będzie to blues? A dlaczego nie bluegrass? Na miejscy B.B. Kinga bym się nie ograniczał. Tak się składa, że Krzysiek Zagajewski – nauczyciel poziomu podstawowego i średniozaawansowanego – uwielbia blues-rocka i bluegrass. Jako absolwent Autorskiej Szkoły Muzyki Rozrywkowej i Jazzu im. K. Komedy doskonale wie, co się z czym je. Podłącza „wiosło” do wzmacniacza, ustawia strojenie i dostosowuje się do szumu Appalachii, krainy gdzie banjo i mandolina połączyły się z jazzem, a w szkocki, irlandzki i brytyjski folk wtopił się nieśmiertelny blues.

Mateusza Madeja – nauczyciela poziomu średniozaawansowanego – możemy nazwać postępowcem. Oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie pogardzi on dobrą muzyką elektroniczną, ani alternatywnym rockiem. To tylko potwierdza jego otwartość umysłu na nowe brzemienia. Brał udział w wielu warsztatach z takimi autorytetami jak: Scott Henderson, Marek Raduli, czy Marek Napiórkowski. Usłyszeć go można w nagraniach zespołów „The Flow” i „Flameberg”. Co więcej , Mateusz odwiedził amerykańskie Savannah (to tam poległ Puławski!), gdzie pracował jako muzyk sesyjny. Napisał też muzykę do kilku reklam telewizyjnych. Dlatego uzbrójcie się w cierpliwość podczas oglądania telewizji. Kto wie, może usłyszycie w którymś momencie „tłusty” riff autorstwa Mateusza.

Od września zeszłego roku kadrę wspiera Paweł „Szucher” Szuszkiewicz – nauczyciel poziomu podstawowego i średnio zaawansowanego. Gdy przychodzi na kontrolne badania pielęgniarki już wiedzą, że serce mu bije w rytmie bluesa; przy pobieraniu krwi strzykawka napełnia się w rytmie bluesa; a gdy lekarka ogląda gardło, to jego język podskakuje w rytmie bluesa. Nie można przejść obojętnie obok pomysłu Pawła odnośnie organizacji Supraskich Spotkań Okołobluesowych, których on sam jest dyrektorem artystycznym Grał w zespole „Blue Water”. Z zespołem „Bracia i Siostry” zawojował większość bluesowych festiwali w Polsce, koncertował z nim także w trakcie Polish Day w Chicago. Jego utwór można znaleźć na II wydaniu Antologii Polskiego Bluesa. Dziewczyny, jeśli reflektujecie dwunastotaktowy flirt z prawdziwym bluesmanem, to zapiszcie się na lekcję z Pawłem do białostockiej filii KUŹNI.

Tomek Gąsowski różni się od kolegów. Gra na czterech strunach, a nie sześciu jak inni. Czuje się osamotniony? Skądże. Wprawdzie ma cztery struny, ale grubsze. Basowe. Doskonalił umiejętności w klasie kontrabasu w Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Zahaczył też o Warsztaty Jazzowe w Puławach. Kontrabas kontrabasem, jazz jazzem, a Tomek oprócz niskiego, ciepłego brzmienia wyjętego z sesji Billa Evansa, pokochał metal, bujając karkiem z kapelą „Inhummus”. Nie stroni od bluesa – grał z Włodkiem Dudkiem. Ścieżki jego muzycznego przeznaczenia skrzyżowały się z Joanną Soul Wołoczko oraz zespołem „Bracia i Siostry” (gra w nim wspomniany Paweł „Szucher” Szuszkiewicz).

Bez Michała Chylińskiego KUŹNIA GITARZYSTÓW padłaby. Plan lekcji ogarnąłby chaos, tak jak umysł Ozziego Osbourna w latach 60-tych (istny „Paranoid”!), a zdezorientowani nauczyciele ucałowaliby klamki. Wstrząs podobny do tego po trefnym towarze od członków zespołu „Motorhead”!

Brain dead, total amnesia,
Get some mental anaesthesia,
Don’t move, I’ll shut the door and kill the lights,
And if I can’t be wrong I could be right (…)

Michał, mimo, że jest zagorzałym słuchaczem trash metalu i rocka psychodelicznego, panuje nad sekretariatem. Równolegle szkoli uczniów z poziomu podstawowego, a sam pobiera lekcje w Autorskiej Szkole Muzyki Rozrywkowej i Jazzu im. K. Komedy. Ale zmysł organizacyjno-logistyczny, jak mniemam, rozwinął w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania w Białymstoku – kierunek Informatyka i Ekonometria. Poza tym zasila folk-metalowy zespół „Runika”.

KUŹNIA GITARZYSTÓW jest wyposażona tak dobrze, jak czterogryfowa gitara Michaela Angelo Batio. Jak już wspominałem, warszawska filia ma lokal w centrum, co oznacza, że dotarcie nie sprawia problemu. Nie trzeba się martwić wcześniejszym przyjazdem. Pięć, dziesięć minut do zajęć? No problem. Są kanapy, fotele, herbata, kawa, sok…może znajdzie się też puchatkowe „małe co nieco”. Jest też najnowszy numer magazynu „Gitarzysta”. Pędzicie na lekcje prosto z pracy lub szkoły i nie mieliście czasu na zabranie gitar z domu? Nie martwcie się tym. Cały sprzęt czeka w salach, a dokładniej: „gitary klasyczne: Yamaha C30, gitary akustyczne: Fender CD140, gitary elektryczne: Ibanez SA120EX,Epiphone Les Paul 100 i Squier Stratocaster Affinity!”; a dodatkowo: „stroik, metronom, kabel, wyśmienite combo gitarowe Roland Cube 20 oraz wah-wah Dunlop GCB-95 Cry Baby”. Do tego wszystkie sale wyłożono gąbką akustyczną. Dla lepszego dźwięku i lepszych relacji z sąsiadami. Przed zajęciami warto się wyciszyć i pomedytować przy autografach światowych sław. Ściany całego korytarza obwieszono wielkimi nazwiskami – zdobycze z koncertów, na które nauczyciele KUŹNI chętnie jeżdżą. Lubicie Tommego Emmanuela, bądź Marcusa Millera? Oni też tam są.

Bym zapomniał! KUŹNIA pozwala sobie na skomputeryzowanie i małą inwigilację: „mikrofony do nagrywania i analizy naszej gry, kamerki internetowe do obserwowania pozycji kciuka z tyłu gryfu oraz dedykowane programy komputerowe, dzięki którym zwolnimy i zapętlimy interesujący nas fragment utworu, nad którym pracujemy – witamy w szkole XXI w.!”

Poza szkołą też się dzieje. Po opanowaniu kilku utworów możemy się zapisać na warsztaty gry w zespole profesjonalnych muzyków. Są również organizowane spotkania z najbardziej znanymi, polskimi gitarzystami. KUŹNIA dba o konkursy (raz w tygodniu) i nagrody: „m.in. wejściówki na koncerty, prenumeraty czasopism gitarowych i komplety strun”. To wszystko dzięki współpracy z takimi sklepami jak „TanieStruny.pl”, czy „Lach&Lach”. Ponadto utrzymuje stały kontakt z magazynem „Gitarzysta” oraz z miejscem niezbędnym w razie wszelkich usterek – pracownią lutniczą „Guitar Help” (możliwe są zniżki dla uczniów). Wewnętrzną społeczność uczniów i nauczycieli spaja internetowe forum – miejsce wsparcia, wymiany myśli, zachwytów, jak też miejsce próby poznania demona, jakim jest muzyka. Jak to szło w „Sympathy For The Devil”…

But what’s confusing you
Is just the nature of my game (…)

Kiedy byłem szczeniakiem bez życiowej wiedzy (wciąż nim jestem, ale mniej), uczęszczałem do KUŹNI GITARZYSTÓW przez jakieś półtora roku. Zrezygnowałem ze względu na maturę. UWIERZYCIE? Kiedy o tym myślę, pluję sobie w brodę. I jeszcze ta kurząca się gitara…(chlip!). Ale wiecie co…w czasie pisania naszła mnie chęć powrotu. Dołączycie się?

Do dzieła! Rock and Roll Hall of Fame się niecierpliwi!

MS

Startup Grind#5 jak koncert Lennego Kravitza

Ania Walkowska po raz kolejny spisała się na medal. Tym razem na temat przewodni wybrała lotnictwo, które na dobre wysłało w niebo (dosłownie?) ostatnią konferencję przygotowaną przez grupę Startup Grind Warsaw – społeczność zrzeszającą i inspirującą startupowców.

Lotnictwo? Czy brzmi ono zbyt ambitnie dla startupów; w szczególności dla tych młodych, dopiero co wykluwających się firm, z których duża część nie zdążyła nawet zakwilić nad łonem matki? “Lotnictwo”: ta nazwa ma w sobie siłę, patos, chwałę. Wymawiając to słowo mamy przed oczyma myśliwce Spitfire, bohaterski Dywizjon 303, masywne Boeingi, helikoptery Black Hawk. Lotnictwo przytłacza wielką historią, wielkimi pieniędzmi… tak jak wynalazek braci Wright, przelatujący nad głowami niedowiarków. W tych dwóch pionierów podniebnych podbojów z początku nikt nie wierzył. Pastorowie wygrażali im, głosząc, że człowiekowi nie wolno łamać boskiego porządku, że przyrodzonym miejscem doczesności jest ziemia, że przyjdzie jeszcze czas na niebo. Bracia Wright nie posłuchali. I słusznie, bo gdyby zrobili inaczej, to nie mielibyśmy wspaniałej konferencji (29.10.2014), która była czymś więcej niż tylko ciekawą rozmową z prelegentami. Bardziej przypominała spektakl. Tragedię grecką z bohaterami, którzy odchodzą tylko dla niepoznaki, by w najmniej oczekiwanym momencie powrócić z całą siłą charakteru.

Rzecz miała miejsce na Wydziale Inżynierii Materiałowej Politechniki Warszawskiej. Zgodnie z agendą o 17.45 zaczął się networking. Smaczny networking. Publiczność zebrała się przy stole z poczęstunkiem, znajdującym się za kolorowym przepierzeniem. Tarta ze szpinakiem, serem feta i oliwkami cieszyła się największą popularnością, a ze słodkości: rozpływające się w ustach ciasto Brownie. Firma cateringowa również trafiła w dziesiątkę z napojem imbirowym, idealnym na jesienną aurę. Ci, którzy wedle zasad dobrego wychowania nie upychali zbyt chciwie smakowitości na talerzyku, żałowali później swojej wstrzemięźliwości. Gdyby zawczasu uświadomiono ich, że konferencja skończy się po 22.00, nie przejmowaliby się grzechem łakomstwa. A może skończyła się nawet po 23.00? Nieistotne. Po wszystkim, gdy sala opustoszała i wyłączono mikrofony, w powietrzu ciągle wisiał żywioł dyskusji, jakby chciał na stałe zadomowić się w auli im. prof. Jerzego W. Wyrzykowskiego. Ów żywioł przechodził w drgania, wydawałoby się nieczyste, ale mimo to doskonale skomponowane. Wykapany styl Lenny’ego Kravitza w piosence “Fly Away”:

 

I wish that I could fly

Into the sky

So very high

Just like a dragonfly

 

Ale wróćmy do początku…

* * *

Na przeciwko prowadzącej – Ani Walkowskiej – usiadł Maciej Szubski. Rozwarł szeroko ramiona i przyczepił mikrofon do klapy marynarki. Wyglądał pewnie, jak facet, który wie czego chce od życia. Egzystencjaliści z Sartrem na czele pochwaliliby go za wyraźny projekt egzystencjalny. Wyraźny jak obraz w jakości Full HD. Kobietom się to podoba. Inwestorom także. W przeciwnym razie nie zostałby zaproszony na konferencję jako osoba, która ma zainspirować młodych przedsiębiorczych do śmiałego działania w biznesie, a nade wszystko w branży lotniczej.

Maciej Szubski zakochał się w lotnictwie już w czasach pacholęcych… Wszystko zaczęło się od gazetki MIŚ, wspomina. A to dlatego, że znalazł w niej wycinankę z samolotem. Jakie musiało być to niebywałe uczucie, gdy z pasją, kuchennymi, przydużymi nożycami formował płaską maszynę! Wspaniały był to przełom dla jego dziecięcej wyobraźni, którą niepozorny kawałek papieru pobudził do lotu wysoko ponad chmury.

Pewnego dnia przestał patrzeć z dołu i zaczął rozkoszować się widokiem z góry, z kabiny pilota. Szkolenia lotniczego nie odbył od razu. Najpierw zajął się studiami prawniczymi. Po zdobyciu licencji latał dużo i wytrwale. Tysiące wylatanych godzin wryło się w pamięć nieba. Niestety lekarz naczelny to zakończył. „Panu już wystarczy”, rzekł do niego.

Okazało się później, że to w żadnym razie nie był koniec, lecz początek do nowej jakości obcowania z lotnictwem. Został Prezesem Zarządu i Dyrektorem Ośrodka Szkolenia Lotniczego w firmie Ventum Air Sp. z.o.o. Stał się znaczną osobą w środowisku, czego zwieńczeniem jest prestiżowa nagroda Lotnicze Orły. Doglądał rozwoju systemów szkoleń i rozkwitu nowych talentów. W młodych, dziarskich pilotach widział samego siebie. Mavericka z filmu Top Gun. Bohaterowi granemu przez Toma Cruisa nigdy nie było mało, chciał za wszelką cenę przekraczać kolejne granice. Maciej Szubski zaczerpnął nieco z tej filozofii. Również przekroczył granicę. Tę dzielącą pilota od biznesmena.

Mocny charakter pilota przydaje się w interesach. Maciej Szubski nie wpisuje się w typ człowieka, który skulony i przygarbiony ma skrzyżowane ręce na piersi. Za sterem trzeba być otwartym i pewnym swego. Inne podejście grozi katastrofą, dlatego też ani razu nie przełknął lękliwie śliny przed szybkimi pytaniami Ani Walkowskiej, opowiadając bez tremy o swojej firmie Tech-Sim, zajmującej się produkcją symulatorów samolotów do celów szkoleniowych.

„Samoloty to zabawki dla dużych chłopców”, zaśmiał się, „A lotnictwo to nałóg”, dodał. Właściciel firmy Tech-Sim zdaje sobie sprawę z dużej grupy pozytywnie uzależnionych. Symulatory mają pomóc w jej przygotowaniu do prawdziwych lotów. W cały projekt uwierzył m.in. Paweł Maj ze Skyline Investments, który przedstawił sprawę kilku inwestorom. Maciejowi Szubskiemu wystarczyła zaledwie 20-30 minutowa prezentacja, by zjednać wpływowych słuchaczy. Opłacało się. Tech-Sim ma zapełnione moce produkcyjne do końca przyszłego roku.

Gdzie jest ten “pierwiastek innowacyjności”, jak to ładnie ujął jeden z obecnych na widowni? Odpowiedzią jest system wizyjny oraz specjalne urządzenia poboczne. Cały symulator jest tak skonstruowany, aby jak najlepiej uwzględniał siły występujące w rzeczywistości. I tym wygrywa.

Na sam koniec pierwszy rozmówca Ani Walkowskiej uzewnętrznił się, mówiąc o swoich niespełnionych marzeniach pilota wojskowego. „Mam kolegów, którzy latają na F-16”, w jego głosie pobrzmiewała lekka zazdrość. Koniec końców, każdy chciałby śmigać jak Tom Cruise w filmie Top Gun, choć z drugiej strony szaleńcze ewolucje to nie wszystko. Przyjemniejsze jest chyba zarabianie pieniędzy – na lotnictwie.

* * *

„Poprosiłbym jednak o ten drugi”, Edward Margański skrzywił się na widok małego mikrofonu z zapięciem. Już na wejściu dał o sobie poznać, jako o człowieku z przyzwyczajeniami. Sprawa wieku? W prawdzie przyznał, że jest emerytem, jednak odniosłem wrażenie, że przyczyna tkwiła raczej w jego długoletnim przywiązaniu do zasad. Słychać o tym było w słowie wstępnym. Długim słowie wstępnym.

Sprawa lotnictwa przez chwilę zeszła na dalszy plan. I słusznie. Edward Margański pozwolił sobie na ogólną, anegdotyczną refleksję o podejściu do samorozwoju, pracy, zarobkowania. Nieocenione są takie rady, płynące z ust doświadczonego człowieka. Zwracał się przede wszystkim do studentów. Motywował i zagrzewał do boju. Czynił to tak sprawnie, że mógłby doprowadzić do ekstazy nawet Łukasza Jakubiaka – autora internetowego programu 20m2 Łukasza oraz mówcę, jeżdżącego z podtrzymującymi na duchu wykładami.

„Żeby mieć kontakty, to trzeba być komunikatywnym”, zaczął jak rasowy mówca motywacyjny. Podkreślał istotność zaangażowania; niezbędność odnalezienia w sobie samym iskry, boskiego ładunku. Równie dobrze mógłby zacytować kultowe On the Road Jacka Kerouaca, który pisał:

(…) the only people for me are are the mad ones, the ones who are mad to live, mad to talk, mad to be saved, desirous of everything at the same time, the ones who never yawn or say a commonplace thing, but burn, burn, burn (…)      

W istocie! Trzeba płonąć i przeistoczyć się w człowieka czynu. “Przestawcie zwrotnice swojego życia od teraz!”, zawołał, kierując pastorską manierą wskazujący palec ku górze. Odciągał nas od przytłaczających myśli polskiej martyrologii; przeklinał ponuractwo i brak ambicji.

„Nie mów bracie, że ktoś ci nie pozwolił”, wytykał zniechęcenie i bierność. „Trzeba się dostosować…”, ciągnął, „…stawiać urzędników do pionu! Trzeba ich wychowywać!”, podniósł głos. Podkreślał, że nie da się za wiele zdziałać bez ich pomocy. Dodał, że powinniśmy tworzyć nowe problemy, łamać konwencję, bo wtedy urzędnicza praca wkracza w nowe, niepoznane wcześniej rejony.

Następnie przeszedł do trzech metod osiągania sukcesu niejakiego Petera (możliwe, że chodziło o Petera Druckera – światowej sławy eksperta ds. zarządzania). Pierwszą z nich było pchanie się – bierzemy udział w wyścigu szczurów i staramy się mieć twarde łokcie. Drugą – wypychanie – środowisko w którym się obracamy nas promuje. Trzecią – podciąganie – oprócz sumiennej pracy, staramy się uwieść córkę prezesa. „Dziś trudno o osoby kompetentne”, żalił się. Ponadto przestrzegał przed ślepym pochłonięciem pracą. W każdej dziedzinie oderwanie od rzeczywistości i realiów ekonomicznych nie niesie ze sobą niczego dobrego. Wielu artystów wie coś o tym…

Mimo kalekiego systemu jakim był PRL, Edward Margański chciał osiągnąć sukces. Podczas gdy inni wieczorem zajadali się pasztetową, oglądając westerny lub pułkownika Colombo, on w 1986 roku założył Zakład Remontów i Produkcji Sprzętu Lotniczego. Z początku firma skupiła się na naprawie drewnianych szybowców. Szybko się to zmieniło, bowiem po 89′ roku gdy otworzył się rynek, wprowadzono do produkcji szybowiec S-1 Swift, niedługo później przyszedł czas na akrobacyjny MDM-1 Fox, samolot szkolno-treningowy Iskra II, czy EM-11C Orka. W październiku 2011 roku firma zmieniła nazwę na Zakłady Lotnicze Margański&Mysłowski S.A. Przedsiębiorstwo działa w Bielsku-Białej.

Obecnie jest na emeryturze, ale nie przeszkadza mu to w dalszym działaniu. Zajęty jest wynalazkami. Chciałby przystąpić do produkcji samochodów latających.

* * *

Witold Załęski – specjalista w zakresie funduszy inwestycyjnych oraz Członek Rady Nadzorczej Bielskiego Parku Technologicznego Lotnictwa, Przedsiębiorczości i Innowacji – patrzy na lotnictwo z zupełnie innej strony. Strony czysto finansowej. „Najbardziej w lotnictwie lubię shaker w pierwszej klasie robiący drinki”, śmieje się. W żadnym razie nie podzielił entuzjazmu swoich przedmówców. Sceptycznie wypowiadał się o branży. „Jest to ciężki rynek”, podkreślał. Trudno się wstrzelić, a poza tym skończyły się już czasy, gdy małe firmy z zyskiem produkowały samoloty. „Koniec z romantyzmem!”; „Nie ma miejsca na Oświecenie!” Hasła te sprawiły, że po sali przeszły pomruki niezadowolenia. Ania Walkowska i często powracający do mikrofonu Edward Margański również wyrazili swoją dezaprobatę. Jak by nie patrzeć, te mocne słowa niszczyły ideę przebojowego startupowicza, w której musiał się przecież zawrzeć romantyczny ładunek Goethego i Schillera. Czy wszystkie startupy z niezwykle ambitnymi planami muszą podzielić tragiczny los Wertera?

Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale zdaniem Witolda Załęskiego lepiej nie porywać się z motyką na słońce. Przede wszystkim trzeba zbadać rynek i wejść w niszę. Zabieranie się z marszu do produkcji samolotów nie ma większego sensu. Po co nam taki rozmach?! Nie lepiej byłoby się skupić się na wytwarzaniu zapinek do pasów? Brzmi banalnie? W pędzącym świecie małe i ulotne pomysły mogą być bardziej opłacalne, aniżeli projekty długodystansowe. Szybciej zarobimy na zapinkach do pasów niż na samolotach, których okres wprowadzania na rynek (od projektu do certyfikacji) może trwać nawet trzynaście lat. I na tym nie koniec trudności. Później musimy zmierzyć się ze żmudnym procesem pozyskiwania klientów, z niełatwym przekonywaniem ich do naszej marki. Chociaż z drugiej strony świat należy do odważnych. Edward Margański kilkukrotnie się wtrącił i o tym przypomniał. Nie wielu by się znalazło, gotowych do konkurowania ze znanymi na cały świat samolotami Cessna. Od pana Edwarda można się uczyć determinacji.

„Czym większe innowacje, tym krócej żyją”, stwierdził Witold Załęski. Nokia i Motorola postąpiły odwrotnie i stąd w pewnym momencie podupadły. Do katastrofy przyłożyli się prezesi obu firm, którzy bezmyślnie prześcigali się w wpuszczaniu nowości na rynek. Nowy telefon raz w roku, potem raz w miesiącu, aż w końcu… upokarzające bankructwo.

„Innowacja nie jest wartością samą w sobie”, przypomniał. Powinna być koniunkcją nowości i wartości. Warto czasem pomyśleć nad zrezygnowaniem z idei twórczej na rzecz odtwórczości, jak też kontynuacji rozpoczętych projektów. To żadna ujma. Przeciwnie. Ten sposób wyznają m.in. Japończycy. Rozwijają to, z czego Europejczycy rezygnują na półmetku. A potem zbierają plony.

Rozczarować się mogą ci, którzy zamierzają przeprowadzić generalną rewolucję. Producenci szamponów przeciwupierzowych nigdy nie zdecydują się na przełomową formułę, która usuwa upierz w stu procentach po jednym myciu. Wspaniałe byłoby to osiągnięcie, jednak właściciele firmy szybko by poszli z torbami, ponieważ wyleczony nie kupiłby już lekarstwa.

Padło też porównanie polskich i amerykańskich studentów. Okazało się, że różnica jest diametralna. „Amerykańscy studenci chcą się uczyć. Polscy studenci nie chcą się uczyć. Amerykańscy studenci nie narzekają na to, że mają do przeczytania dwieście stron na następne zajęcia, a polscy narzekają”, podsumował. Czy wynika to z północnoamerykańskiego wyścigu szczurów, z tego że w Ameryce pieniądz definiuje człowieka? Maybe. Ale jako student z autopsji wiem, że wśród naszych rodzimych też się znajdzie wielu tytanów pracy.

Na tym się nie kończą zarzuty…Polacy myślą, że jeden wynalazek sprawi, że będą ustawieni do końca życia, Amerykanie natomiast zdają sobie sprawę z tego, że jak bardzo nie byłby to przewspaniały projekt, to i tak prędzej czy później znajdzie się w obrębie zainteresowań Chińczyków i w rezultacie będzie składany przez małe, żółte rączki, opłacane za miskę ryżu.

Nie zapominajmy o pozytywach. Cieszy to, że coraz częściej w Polsce widać lepsze przygotowanie merytoryczne i zorganizowanie intelektualne u starających się o wsparcie z funduszy inwestycyjnych. „Jest mniej kosmitów”, zauważył Witold Załęski. Kiedyś znalazłaby się chmara marzycieli, obiecujących gruszki na wierzbie i wierzących, że na PSTRYK! wygenerują 50% więcej zysków niż inni.

Niemniej jednak, dobry biznesplan to nie wszystko. Równie ważne jest zaangażowanie i wiara w swój projekt. „Trzeba mieć odwagę w ponoszeniu ryzyka”. Skłonność do poświęceń jest dobrze widziana w oczach inwestorów. Ktoś, kto nie wywodzi się z majętnej rodziny, dostaje w spadku dom po babci, sprzedaje go i całą kwotę wkłada w swoją działalność od razu zyskuje na wiarygodności. Trzeba być twardym i mieć te meksykański cojones. „Biznes nie jest dla małych dziewczynek. Trzeba pokazać kły. Jeśli nie zdajesz sobie z tego sprawy, to któregoś razu wyjdzie Ci to bokiem”, podsumował prelegent.

* * *

Ostatni wystąpił Tomasz Kośmider, który wprowadził spokój, jak współczujący anioł po wielkiej bitwie. W poprzednich akapitach nie dałem temu odpowiedniego wyrazu, ale wiedzcie, że zwłaszcza pomiędzy Edwardem Margańskim a Witoldem Załęskim odbyła się solidna wymiana ciosów. Na argumenty, rzecz jasna. Mimo to moje skojarzenia odniosły się do fantastycznych krain, gdzie dwóch rosłych bogów ciska w siebie pioruny, walcząc o prymat.

Naukowy życiorys Tomasza Kośmidra robi wrażenie. Studiował na Politechnice, Wyższej Szkole w Sopocie, SGH, dwanaście lat za granica… Nie dziwi zatem, że jest współzałożycielem i jednocześnie prezesem tak zacnej organizacji jaką jest Technology Partners – instytut badawczy specjalizujący się w zarządzaniu oraz implementacji projektów badawczych dużej skali. Przekrój tematów branych na warsztat cechuje interdyscyplinarność, stąd otwarto się także na lotnictwo. Od 2006 roku Technology Partners idzie w parze z Grupą Airbus, wyszukując dla niej innowacyjności.

Ostatni gość podsumował całą konferencję. Po odniesieniach do P.F. Druckera, Josepha Schumptera doszedł wreszcie do tezy ważnej dla wszystkich, nie tylko dla osób związanych z branżą lotniczą. „Nikt nie jest sam. Żyjemy w sieci”. Podobnie jak przedmówcy, stawiał duży nacisk na kontakty. „Góra nie przyjdzie do Mahometa”, przypominał. Mówił też o zarządzaniu firmami, nadając im wymiar duchowy. Firma musi być wspólną wartością, a każdy z pracowników ma być kamieniem na dużym klejnocie, stałym i nabierającym piękna z upływem czasu. Przy okazji podzielił się swoim smutkiem odnośnie braku lojalności. Przedsiębiorstwo jest czymś więcej niż tylko środkiem do osiągania egoistycznych celów, w tym pieniędzy.

Napomknął jeszcze o reindustrializacji – procesie wyswobadzania się z gałęzi, w których wymagany jest duży nakład surowcowy i liczna siła robocza. Wtedy zaangażowanie bardziej skupiłoby się na gałęziach wchodzących w interakcję z nauką i ekspertami, co tworzy fundament pod liczne startupy.

* * *

Przed wyjściem z budynku mało kto nie oparł się zjedzeniu kolejnej porcji tarty ze szpinakiem, serem feta i oliwkami, a moment później – wypiciu szklanki napoju imbirowego na drogę. Do pełni szczęśliwości brakowało tylko przygotowanego specjalnie dla nas szybowca z załączonymi kluczykami, a w cockpicie refrenu Lennego Kravitz’a:

 

I want to get away 
I want to fly away 
Yeah yeah yeah 

 

Aha! I jeszcze jedno: sponsorem Startup Grind#5 była firma Galactic Sp. z o.o. Brzmi kosmicznie, prawda?

 

 

MS

 

 

LetsMeetApp, czyli spotkaj swoich znajomych poza Facebookiem

LetsMeetApp jest innowacyjną i darmową aplikacją, dzięki której z łatwością będziemy mogli spotkać znajomych użytkowników znajdujących się w promieniu kilometra. Stworzona przez Polaków, od momentu premiery z prędkością światła podbija też rynki zagraniczne.

Żyjemy w biegu i ciągle brakuje nam czasu. Coraz rzadziej spotykamy się z bliższymi i dalszymi znajomymi, a wiele ciekawych znajomości urywa się z powodu braku możliwości ich podtrzymywania. Często bywa jednak tak, że ze swoimi znajomymi mijamy się o przysłowiowe centymetry, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Aplikacja LetsMeetApp rozwiązuje ten problem i zawsze wtedy, kiedy ktoś z naszych znajomych jest w okolicy, dostajemy o tym powiadomienie.

Wystarczy, że zaprosimy wybranych znajomych z książki adresowej i gdy zaakceptują nasze zaproszenie, zostajemy połączeni. W zależności od ustawień LetsMeetApp może informować o znajomych w zasięgu od kilku metrów do maksymalnie kilometra. Aplikacja pozwala na wejście z nimi w interakcję za pomocą wiadomości SMS lub wybrania szybkiego połączenia. Powyżej kilometra znajomi znikają z naszego radaru i nawet, kiedy znajdują się w jego zasięgu, nigdy nie widzimy ich dokładnej lokalizacji – tylko odległość jaka nas od nich dzieli. Mimo, że aplikacja określa lokalizację, pozwala też utrzymać odpowiedni poziom prywatności, na czym bardzo zależało jej twórcom.

LetsMeetApp pobrana została już kilkadziesiąt tysięcy razy, a liczba użytkowników wzrasta z dnia na dzień. Aplikacja szybko trafiła do szerokiego grona odbiorców –korzystają z niej młode mamy, które dzięki niej mogą spotkać się na spacerze z innymi, imprezowicze, a nawet ci zabiegani, którzy nie mają czasu na umawianie spotkań ze znajomymi…

W pierwszej kolejności aplikacja została udostępniona właścicielom iPhone’ów, gdzie LetsMeetApp jest najbardziej popularna. Drugim krajem z największą liczbą użytkowników jest Turcja. TOP 5 zamykają Filipiny i Indie oraz Polska – gdzie aplikacja powstała. Obecnie dostępna jest także na system Android.

Główną cechą wyróżniającą LetsMeetApp jest ściśle sprecyzowany maksymalny zasięg wykrywania znajomych, który wynosi 1 kilometr. Aplikacja wysyła powiadomienia o osobach przebywających w pobliżu, nie daje jednak możliwości śledzenia ich, chroniąc w pełni prywatność użytkowników. Ponadto, LetsMeetApp daje możliwość błyskawicznego wybrania numeru telefonu przebywającego w pobliżu znajomego lub wysłania mu wiadomości SMS – mówi Piotr Surmacki, twórca aplikacji.

Warto podkreślić jeszcze jedną zaletę LetsMeetApp. W porównaniu z innymi aplikacjami wykorzystującymi lokalizację, LetsMeetApp w trakcie użytkowania minimalnie zużywa baterię naszego smartfona. Udało się to osiągnąć za pomocą algorytmów analizy prawdopodobieństwa. Po przeprowadzonych testach okazało się, że LetsMeetApp pobiera tylko o 3% baterii więcej w ciągu 10 godzin pracy smartfona. Więcej informacji na oficjalnej stronie aplikacji

http://www.lets-meet-app.com/

MM