Pan gdaczących milionów

Zaczął od muzykowania, dorobił się na kwiatach, a zatracił w drobiu. W PRL-u walczył obosieczną bronią tamtych czasów: mięsem. Góral z Nowego Sącza za sukces zapłacił czterema zawałami. Jako pierwszy stworzył technologię produkcji wędlin wyłącznie z mięsa kurczaka. Niemal co drugi drobiowy burger kupowany przez klientów McDonald’s i KFC w Europie wyjeżdża z jego zakładów.

Kazimierz Pazgan (rocznik 1948) jest założycielem i prezesem Konspol Holding, czołowej polskiej firmy zajmującej się hodowlą i ubojem kurczaków oraz produkcją wędlin drobiowych. Pazgan pochodzi z ubogiej rodziny z podsądeckiej wsi Stara Kamienica. Już jako 16­latek przygrywał na trąbce na weselach a później należał do profesjonalnego zespołu muzycznego. Po studiach na resocjalizacji 8 lat pracował w poprawczaku jako wychowawca.

Wszedł w biznes w 1972 roku, zaczynając od handlu kwiatami. Widząc, że praca na etacie nie zapewni mu odpowiednich dochodów, wziął w ajencję od spółdzielni ogrodniczej kwiaciarnię w Świdnicy. Doszedł do sporych pieniędzy, unikając kłopotów ze strony władz. Kwiaciarnia była wciąż własnością państwa, zaś Pazgan nie był prywaciarzem a ajentem. W dobrych miesiącach miał nawet 200 tys. przychodu, podczas gdy duży fiat kosztował wtedy 180 tys. zł.

W 1977 roku, wobec „chwilowych braków w dostawach drobiu i jaj”, każdemu, kto wybuduje kurnik o powierzchni 1 tys. m kw., państwo obiecywało korzystny kredyt, dawało paszę i gwarantowało odbiór jajek. Interes wydawał się intratny, więc Pazgan wraz z mamą i młodszym bratem założyli spółdzielnię i postawili trzy kurniki.

Po wprowadzeniu stanu wojennego wstrzymano dostawy amerykańskich pasz, zaś ich krajowa produkcja stanęła. Wówczas Konspol wszedł w kontakt z Instytutem Drobiarskim w Poznaniu, który opracował mu recepturę paszy z polskiego zboża. Następnie Pazgan przekształcił profil firmy i zamienił kury­nioski na kurczaki. Postawił ubojnię i zakład produkcyjny, gdzie wyrabiał wędliny, co według władz naruszyło monopol państwa. Odebrano mu zgodę na działalność, ale złożył sprawę do Sądu Najwyższego i wygrał. Lecz nie był to koniec kłopotów. Aby uniemożliwić mu wyrób wędlin, odcięto go od dostaw wołowiny i wieprzowiny. Pazgan postanowił spróbować zrobić kiełbasę z samego kurczaka. Szkopuł w tym, że kruche mięso kurczaka potrzebuje dodatkowego spoiwa, zazwyczaj w postaci mięsa innego gatunku. Po kilku partiach zmarnowanego surowca Pazgan opracował metodę, której nie chce zdradzić do dnia dzisiejszego. Z produkcją wyrobów z kurczaka wyszedł w 1982 roku. Nazwę dla zakładów wymyślił szwagier Pazgana. Konspol miał wywoływać skojarzenia z branżowymi wyrazami „konsumpcja” i „konserwa” oraz zawierał w sobie inicjały założyciela.

Przyszłość firmy wiele razy stała pod znakiem zapytania. W 2008 roku na eksport przypadała większość sprzedaży firmy. Doszło do umocnienia złotego i firma stanęła przed groźbą bankructwa, ponieważ do eksportu trzeba było coraz więcej dopłacać. Wówczas Konspol zaprzestał wysyłki towarów do dostawców, z którymi trwał w kooperatywie 15 lat. Później firma podniosła się z upadku na fali rosnącego popytu na wyroby drobiowe.

Do grupy Konspol należą 4 współpracujące ze sobą spółki: Pasz Konspol (wytwórnia pasz), Konspol bis (ubojnia kurczaków), Konspol Holding (przetwórstwo) i Trans Konspol (logistyka i transport). Wytwórnia pasz ma wydajność 15 ton, a ubojnia 9 tys. sztuk kurczaków na godzinę. W promieniu 130 km od wytworni pasz znajduje się 82 ferm kurzych. Firma zatrudnia ponad 2 tys. osób w kraju i ponad 4 tys. za granicą. Dużymi odbiorcami Konspolu są restauracje KFC, McDonald’s, IKEA, Gerber, sieci sklepów Biedronka czy Tesco. Wartość majątku Pazgana ocenia się na 800 mln złotych (jeszcze 3 lata temu było to 260 mln). W rankingu miesięcznika Forbes „100 Najbogatszych Polaków” z 66 pozycji w 2013 skoczył na 25 miejsce w 2014. Teraz Konspol koncentruje się na podboju rynków pozaeuropejskich: Indonezji, Chin i Argentyny.

W 2014 roku Pazganowi postawiono zarzuty współpracy z SB. Nie przyznał się i wytoczył proces o zniesławienie. Po czwartym zawale lekarze zalecili mu zwolnienie tempa. Coraz więcej obowiązków przejmuje od niego syn Konrad, który jest wiceprezesem, a w firmie ojca przeszedł prawie przez wszystkie działy. Inne stanowiska Pazgan też powierzył najbliższym: żona jest w radzie nadzorczej, brat zajmuje się handlem i logistyką, a szwagier czuwa nad zaopatrzeniem w surowce. Konspol nie planuje wejścia na giełdę ani sprzedaży akcji inwestorom. Chce pozostać firmą rodzinną.

KP

Ich dzwony biją od 206 lat

Towarzyszyły ludziom przy ślubach i pogrzebach, zawiadamiały o pożarach i najazdach wroga, zaś w czasie wojen były masowo rekwirowane i przetapiane na armaty. W Polsce ich wyrobem zajmują się już nieliczni, a tajniki produkcji przekazywane są nie w szkołach, lecz z pokolenia na pokolenie. Mowa o dzwonach. Felczyńscy, zajmujący się ich odlewaniem, swoje rzemiosło praktykują już od ośmiu pokoleń. Szacuje się, że w całej historii firmy wykonali ponad 10 tysięcy tych instrumentów.

Odlewnia Dzwonów Janusza Felczyńskiego jest prawdopodobnie najstarszą firmą rodzinną w Polsce. Ród ten jest zarazem najbardziej znanym klanem ludwisarzy w kraju. Założycielem firmy był Michał Felczyński (? – 1866) z Poznania. Rzemiosła najprawdopodobniej nauczył się od Niemców. Do Kałusza na terenie dzisiejszej Ukrainy przyjechał, aby zatrudnić się w kopalni soli potasowej, ale ostatecznie w 1808 roku założył pierwszą w tej części Europy odlewnię dzwonów, która odziedziczył jego syn, również Michał, a po nim następny z rodu, Franciszek. Później firmę w Kałuszu przejęli synowie Franciszka: Ludwik, Michał, Jan i Kajetan.

W 1912 roku Ludwik założył w Przemyślu oddział unikatowych wyrobów ludwisarskich. Projektował dla niego między innymi słynny rzeźbiarz Xawery Dunikowski. W 1927 roku Felczyńscy zdobyli Grand Prix na wystawie w Paryżu, a roku 1929 zostali zwycięzcami targów poznańskich. W 1930 roku filia w Przemyślu usamodzielniła się, ale współpraca pomiędzy obydwiema odlewniami trwała aż do wybuchu II wojny światowej.

We wrześniu 1939 ludwisarnię w Kałuszu zajęła Armia Czerwona, konfiskując całe mienie firmy, zaś odlewnię w Przemyślu zamknął okupant niemiecki. Po odzyskaniu niepodległości, w 1944 roku reaktywowano przemyską firmę, lecz już w roku 1955 władze komunistyczne upaństwowiły jej majątek. W 1957 roku zmarł Ludwik Felczyński. Jego siostrzeniec Eugeniusz uzyskał zezwolenie na wznowienie działalności odlewni i kierował nią do swojej śmierci w 1977 roku. Wówczas firma przeszła w ręce jego żony, Walerii i syna Janusza. Dziś firma istnieje pod nazwą Odlewnia Dzwonów Janusz Felczyński Spółka Przemyśl, a do przejęcia kierownictwa szykuje się 38-letni Maciej. W Przemyślu od 1946 r. istnieje również Odlewnia Dzwonów Jana Felczyńskiego, którą po ślubie z wnuczką Jana Felczyńskiego przejął Witold Sobol.

Na Śląsku istnieje druga odnoga Felczyńskich, którą złożył syn Jana, Tadeusz. Obecnie w Taciszowie koło Gliwic Ludwisarnię Felczyńskich prowadzi Zbigniew Felczyński z żoną i córką, zaś w samych Gliwicach założyli Odlewnię Dzwonów i Pomników Wacław Felczyński z córką Anną.

Dzwony najsłynniejszych polskich ludwisarzy wykonywane są tradycyjną techniką. Rdzeń, czyli wewnętrzny kształt dzwonu, jest robiony z gliny zmieszanej z nawozem końskim. Następnie wykonuje się dzwon fałszywy: rdzeń oblepiany jest warstwą gliny i smarowany łojem, na który nalepia się zdobienia wykonane z wosku. Na to nakłada się drugą warstwę gliny (tzw. kapę). Konstrukcja podlega osuszeniu, a następnie wypaleniu w piecu, podczas którego łój i wosk zostają wytopione. Części rozdziela się, niszcząc dzwon fałszywy. Pomiędzy rdzeń i kapę wlewany jest spiż, czyli stop miedzi i cyny w proporcji 78:22. Spiż zastyga od 2 do kilkunastu dni, zakopany w ziemi. Po wyjęciu z odlewu następuje polerowanie dzwonu oraz strojenie jego dźwięku. Odbiorcy dzwonów Felczyńskich pochodzą całego świata, między innymi z Ekwadoru, Australii, Indonezji i Japonii. Dziełem odlewni Janusza Felczyńskiego jest największy dzwon wykonany w Polsce, o wadze 11600 kg, na zlecenie sanktuarium w Licheniu.

Problemem, z jakim borykają się Felczyńscy, jest specyficzny, niszowy rodzaj ich działalności. Tendencją jest spadek produkcji oraz większe zapotrzebowanie na renowację starych dzwonów. Z jednej strony na mniejszy popyt wpływa laicyzacja życia, z drugiej strony troska o wysoką jakość wyrobów nie pozwala na zmechanizowanie lub przyspieszenie produkcji. Dlatego być może w przyszłości konieczna okaże się modyfikacja odlewniczej działalności.

KP

Polka Bikes – miejska klasa dwóch kółek

Czego nam brakuje na ulicach polskich miast? Obok równych jezdni i chodników na pewno wymienilibyście styl ruch codziennego. „Więcej barw!”, aż krzyczy w duszy. Jeździmy coraz lepszymi samochodami, to prawda, ale co z rowerami? Zewsząd tylko te z grubymi kołami, niepotrzebną siecią okablowań, przerzutek, nudną kolorystyką. Polka Bikes zamierza przeprowadzić rewolucję!

Na firmę Polka Bikes natrafiłem przypadkiem. Tępo przeglądając facebooka, chyba czterdziesty raz tamtego dnia, zapragnąłem ujrzeć zdjęcie mojej koleżanki, która mi się wyjątkowo podoba. A wszystko z niewinnego, czystego poczucia estetyki. Wszedłem na jej profil i przez chwilę podziwiałem urok jej oczu i szyi… „Na Boga – pomyślałem – ta cudna istota mogłaby być muzą największych mistrzów. Vermeer zaprzedałby dla niej duszę!”. Jednak chwilę później znalazłem drugi obiekt uwielbienia. Pod zdjęciem, do którego tak romantycznie wzdychałem, dostrzegłem stronę Polka Bikes – firmy, zajmującej się produkcją rowerów szosowych. Wszystkie prezentowane rowery odstawały od tych szalejących po stołecznych jezdniach. Różniły się wypolerowanymi siodełkami Brooksa, wielobarwnością, brakiem zbędnych elementów, a zwłaszcza klasycznym mechanizmem. Polka Bikes promuje tzw. ostre koło, nawiązujące do pierwszych rowerów. Szereg dekad temu nie zaprzątano sobie głowy klockowatymi przerzutkami lub innymi, wymyślnymi dodatkami rowerowymi. Stawiano na prostotę i siłę mięśni. Napęd ostrego koła od samego początku opierał się na stałym połączeniu pedałów z tylnym kołem, co zmusza rowerzystę do ciągłego pedałowania, nawet przy jeździe z górki. Pedałami się również hamuje, obracając je w przeciwną stronę; można także jechać do tyłu. Dzięki temu rower jest niemal bezawaryjny, o wiele lżejszy i dla wielu ładniejszy. Stąd kurierzy rowerowi, których znakomita większość porusza się na rowerach szosowych, darzą ostre koło szczególną sympatią.

Najprostsza wersja roweru Polka Bikes, kosztująca 1599 zł, zaopatrzona jest w system ostrego koła oraz przedni hamulec dla dodatkowego bezpieczeństwa. Za dodatkowe 50 zł można dokupić hamulec tylni. Za opłatą 100 zł istnieje możliwość zmiany standardowej kierownicy na tzw. baranek torowy lub bycze rogi. Jeśli ostre koło wydaje się Wam niezbyt bezpieczne i trudne do opanowania, to zostaje zawsze singiel. Wizualnie nie traci na atrakcyjności, a wyposażony w wolnobieg pozwala na zaprzestanie pedałowania w czasie jazdy. Wolnobieg jest najczęściej wykorzystywany we współczesnych rowerach. Zmiana ostrego koła na singiel kosztuje 50 zł, w zestawie z oboma hamulcami.

Powrót do tradycji rowerów szosowych stanowi zaledwie część fenomenu Polka Bikes. W szosówkach, składanych w podwarszawskich montażowniach firmy, nie trudno znaleźć ich swoisty temperament. Każdy rower ma to COŚ, tę abstrakcyjną nadbudowę wyjątkowości. Nazwy modelów tylko to podkreślają.

Pierwszemu z nich ­ Listonoszowi – niebieska rama daje dużo szlachetności, elegancji, wysublimowania, jakby rwała się do bycia w elitarnej grupie rowerowej rodziny. Ktoś musiał zakląć w nim umiłowanie do koniaku, drogiej polędwicy wołowej i kolacji w „Amber Room” w Pałacu Sobańskich. Oczami wyobraźni widziałem na nim ministra Sikorskiego lub Jacka Rostowskiego jadących na ulicę Wiejską. Z rowerem jest jak z mieczem. Ich temperament przenosi się na właścicieli. Albo odwrotnie.

Od Plażowicza bije chwała boga Heliosa. Rama roweru mieni się kolorami plaż polskiego Bałtyku, a mam tu na myśli te niezaśmiecone części. Gdy Plażowicz rusza w trasę Kołobrzeg, czy Władysławowo przemieniają się w prawdziwe Miami Beach lub kalifornijskie kurorty. Szybkością dorównuje rydwanowi boga słońca, który w starciu z Plażowiczem może co najwyżej desperacko smagać lejcami swoje cztery białe konie. Jest jak niepokonany David Hasselhoff w starciu z morskimi falami. Przy zakupie dołączana jest łopatka do budowy zamków z piasku.

Landrynka zmienia narrację. Jej miętowy kolor orzeźwia zdyszane, zapylone miasto. Krzykliwym, roztrąbionym godzinom szczytu ofiarowuje nieco słodyczy. To odrobina świeżości jadąca przez bezmiar problemów metropolii. Może uda się jej choć trochę przegonić szarobury smog? Nie zdążyłem się jeszcze na niej przejechać, ale widząc ją, czuję na języku posmak absyntu. To by się zgadzało, zakładając, że różowe obręcze na kołach symbolizują legendarny „rytuał ognia”. Skojarzenia poszły jeszcze dalej. Kolor mięty i piołunu przywołały mi na myśl styl Toulousa – Lautreca. Francuski mistrz pędzla i ołówka z pewnością uznałby Landrynkę za inspirującą. Ma ona trochę z postimpresjonistycznego poszukiwania swojego stylu. A do tego przy odbiorze roweru – paczka miętusów gratis. Swoją drogą, ciekawe czemu nie landrynek?

Stalówka – ten rower dematerializuje się w ulicznym ruchu. Serio! Będąc w samochodzie lub autobusie musieliście przynajmniej raz dostrzec zjawę wymijającą slalomem zatkaną arterię miasta. Ciemny, matowy koloryt Stalówki ma coś z pyłu, eteru, boskiej masy… Zastanawiam się, czy ten rower bardziej przypomina widmo, czy też odchudzoną wersję Batmobila? Jego pomarańczowe obręcze na kołach wirują jak zamaszyste ciosy stalowego ostrza. Nie pędźcie za szybko, bo zaboli…

Neonówka nie odstaje od poprzedników ani o krok. Gdy wszyscy udają się na spoczynek, ona dopiero rozgrzewa swoje cienkie koła na asfalcie. Jest królową nocy. Femme fatale o zgrabnej ramie koloru fluorescencyjnej zieleni. W bezgwieździstą noc bije od niej światło całej galaktyki. Przy niej nie sposób zasnąć. Trzeba naciskać pedały i pędzić do samego brzasku.

To jeszcze nie koniec oferty Polka Bikes. Wystarczy zajrzeć do zakładki WERSJE NA BOGATO!, gdzie czekają upiększone modele, rozszerzone „o legendarne skórzane siodło Brooks Swift, wymuskane skórzane chwyty Brooks Slender oraz obszycie rury poziomej skorą bydlęcą przez pracownię Bull Stitch”. Rowery zyskały również dodatkowe przydomki: Listonosz po wypłacie, Stalówka ze stali szlachetnej, Plażowicz w Międzyzdrojach, Landrynka z truflami. Każdy z nich bez extra­płatnych dodatków kosztuje 2399 zł. Po kliknięciu w zakładkę NASZ ZESPÓŁ witają nas trzej roześmiani mężczyźni, każdy z rowerem na ramieniu. Piotr Kwiatkowski dumnie trzyma swoją Landrynkę. Ma oczy marzyciela, który poza myśleniem o niebieskich migdałach zdolny jest w trymiga zejść na ziemię i sprawnie współzarządzać firmą. Piotr Charewicz ­ scharakteryzowany jako „finansista z prawdziwego zdarzenia”. Meandry dolara, złotówki, czy tureckiej liry są dla niego równie oczywiste, jak wrodzona jazda na rowerze. Okulary zdobiące jego nos to tylko przykrywka. Domyślam się, że za kierownicą (rowerową, rzecz jasna) potrafiłby na niektórych odcinkach szusować szybciej niż Rafał Majka. Zakochany w Listonoszu. Natomiast Romuald Członkowski deklaruje, że Plażowicz najbardziej przypadł mu do gustu. Sam określa siebie jako „generalnie świra” w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jak dla mnie ten człowiek zamiast tęczówek ma błyszczące obręcze kół rowerowych, a źrenice wsparte szprychami, które rozszerzają się wraz z rosnącą prędkością Plażowicza.
Cóż więcej rzec… pozostaje tylko wziąć młotek, rozbić skarbonkę w kształcie świnki i ocenić ile jeszcze nam brakuje do wymarzonego egzemplarza Polki Bikes.

Rowery możecie zamawiać na stronie: http://www.polkabikes.pl/. Słyszałem, że są również dostępne w warszawskim sklepie 3gravity (Lipowa 7a) na Powiślu. Gdyby coś się przytrafiło Waszym rowerom, to pamiętajcie, że macie dwadzieścia cztery miesiące gwarancji na części oraz dożywotnią na ramę.

MS

Foto:
http://polkabikes.pl

Szydełkowy układ scalony

Oscylują między sztuką a wzornictwem użytkowym. Na indywidualizm mebli, które tworzą, składa się mix tradycyjnego rzemiosła i nowoczesnej formy, czerpiącej pomysły ze świata przyrody. Ich nagradzane na świecie projekty powstają w czasie monotonnych seansów przed ekranem telewizora. Po 7 latach pracy w domowym zaciszu, wyszły z cienia i niespodziewanie spotkały się z entuzjastyczny przyjęciem.

Monomoka to projektowy duet bliźniaczek Katarzyny i Moniki Gwiazdowskich, które wykonują unikatowe, dziergane na szydełku pufy. Nazwę tworzy zbitek pierwszych sylab ich imion oraz słowa „mono”, które podkreśla bliską, siostrzaną relację. W rodzinnym przedsięwzięciu bierze udział także mąż Moniki, Piotr Saladra, który odpowiada za promocję i stronę organizacyjną.

Wszyscy troje są absolwentami architektury na Politechnice Wrocławskiej. Po ukończeniu studiów Gwiazdowskie zajmowały się projektowaniem wnętrz, grafiki i odzieży. W czasie długiego pobytu w domu po urodzeniu dzieci, siostry powróciły do dawnego hobby z dzieciństwa, jakim było szydełkowanie i robienie na drutach. Zaczęły eksperymentować i tworzyć kształty przypominające małe formy architektoniczne. Pierwszy model, wydziergany z bawełnianego sznurka puf Bossom, powstał w 2005 roku. Po 7 latach na kolekcję składało się 13 sztuk mebli, ale znało je tylko małe grono przyjaciół. W 2012 siostry po raz pierwszy zdecydowały się zaprezentować swoje prace i wystartowały w konkursie, organizowanym przez Stowarzyszenie Brytyjskich Projektantów Wnętrz, gdzie ich projekty dostały się do ścisłego finału. Rok później, na Furniture Design Award 2013 w Singapurze siedzisko „Hive” zdobyło główną nagrodę, a puf „Artichoke”– wyróżnienie. Na Monomokę zwrócił uwagę znany francuski projektant wnętrz, Peter Marino, który współpracuje z Chanel, Fendi czy Louis Vuitton.

Każdy mebel Monomoki jest niepowtarzalny. Jeden egzemplarz złożony jest z ogromnej ilości małych, niemal identycznych modułów, np. puf „Sleeping mice” ma ich 1500, a „Hive” 1600. Zszyte w całość, tworzą bryły o trójwymiarowej strukturze, przypominające struktury organiczne. Inspiracją są formy zaobserwowane w naturze, np. plaster miodu, ziarno soczewicy, kokon jedwabnika. Projektantki używają włókna poliestrowego, wełny, bawełny i lnianego sznurka. Aby nadać siedziskom odpowiedni kształt, środek wypełnia się gąbką tapicerską. Wyroby są bardzo czasochłonne, jeden puf wymaga wielu miesięcy żmudnej pracy, dlatego ceny sięgają 10 tys. euro. Z tego względu dla szerszego odbiorcy projektantki przygotowują komercyjną kolekcję mebli prostszych, ale charakterystycznych dla ich stylu, w których elementy składowe będą częściowo robione maszynowo.

KP

Foto: http://monomoka.com

Własny ogród na wyciągnięcie myszki

Pomysł nadszedł w czasie studiów, kiedy zgłębiała tajniki ogrodnictwa i kształtowania terenów zieleni. Utrudniony dostęp do profesjonalnych narzędzi projektowych zmuszał ją do tego, by pracować z użyciem ołówka i kartki papieru. Po studiach Małgorzata Stuła założyła swój biznes i postanowiła stworzyć łatwy i wielofunkcyjny program do projektowania ogrodów, który odpowiadałyby na potrzeby osób bez specjalistycznej wiedzy. MyGreenSpace jest dobrym rozwiązaniem dla tych, którym marzy się piękne otoczenie domu, a nie mają wystarczających funduszy na zatrudnienie profesjonalnego architekta zieleni.

Cosmo Green to firma projektowa powstała w lipcu 2010 roku. Świadczy usługi w zakresie aranżacji przestrzeni – zajmuje się projektowaniem, realizacją i pielęgnacją terenów zieleni. W 2014 roku, za swoją aplikację MyGreenSpace otrzymała tytuł Akademickiego Lidera Biznesu. Aplikacja skierowana jest zwłaszcza dla osób indywidualnych – wszystkich hobbistów roślin, właścicieli działek i amatorów- działkowiczów, którzy chcieliby samodzielnie zaplanować swój ogród. Mogą z niej skorzystać także ludzie z branży, np. studenci kierunków architektury krajobrazu i firmy projektowe.

Własny ogród na wyciągnięcie myszki Ogrody Semiramidy na wyciagniacie reki (KP)

MyGreenSpace to pierwsza w Polsce kompleksowa aplikacja internetowa, która umożliwia zaprojektowanie ogrodu online w formacie 3D. Za jej pomocą można wykonać projekt, zakupić jego elementy i zlecić wykonanie ogrodu. Po wprowadzeniu danych dotyczących danego terenu, takich jak rodzaj gleby, nasłonecznienie, wilgotność, średnie temperatury, program automatycznie podaje propozycje odpowiednich roślin. Zbiór drzew, krzewów i kwiatów oraz elementów wyposażenia jest duży i ciągle aktualizowany. Interfejs jest prosty, typu „przeciągnij i upuść” i osoba z przeciętną znajomością obsługi komputera nie powinna mieć większych problemów z obsługą. W programie zastosowano innowacyjną funkcję przełączania trybu przestrzennego: zamiana widoku z góry (2D) na 3D. Można także zobaczyć symulację wyglądu ogrodu po 20 latach od jego posadzenia oraz wizualizację w 4 porach roku.

Program automatycznie tworzy listę produktów użytych w stworzonym przez klienta projekcie, robi cennik i pokazuje listę firm, które w swojej ofercie mają potrzebne artykuły. Ostateczną wersję można przesłać do firmy, która zrealizuje projekt, co zaoszczędzi czas spędzony na poszukiwaniach wykonawcy. Strona istnieje także w angielskiej i niemieckiej wersji językowej. Dowolny pakiet aplikacji jest do bezpłatnego wypróbowania przez 2 tygodnie.

KP

Źródła:
http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/971448,oto-innowacje-dla-kazdego-z-nas,id,t.html?cookie=1
http://mygreenspace.pl/

Jak się masz – licznik szczęścia

Dokonali fuzji technologii z psychologią. Chcą ująć w liczbach to, co dotychczas było tylko opisywane. Ich celem jest poprawa nastroju, motywowanie do zmian i usprawnienie codziennego funkcjonowania odbiorców. Quantum Lab znalazł się na liście „50 najbardziej kreatywnych w biznesie” portalu Brief, a produktami spółki zainteresowały się takie koncerny jak Google i Samsung.

Szefem w gdańskim startupie Quantum Lab jest Bartosz Rychlicki, przedsiębiorca, programista, pasjonat psychologii oraz nowych technologii. Rychlicki, jak wiele osób, borykał się z codziennym problemem wczesnego wstawania. Chciał to zmienić, zaczął więc czytać w literaturze fachowej na temat przyzwyczajeń. Miał też problemy z nastrojem, zaczął wiec w Excelu zapisywać dane dotyczące swojego samopoczucia i czynników, które na to wpłynęły. Odkrył, że najlepszym sposobem do zmiany danego zachowania jest jego pomiar. Dzięki temu tworzy się punkt odniesienia: można porównywać wyniki oraz dążyć do ich poprawy. Wówczas pomyślał o profesjonalnym narzędziu przystosowanym do potrzeb współczesnego odbiorcy. Aplikacja „How are you” miała swoją premierę we wrześniu 2013 roku i można ja pobrać w App Store. Jest to program na telefon, który analizuje i mierzy samopoczucie oraz stan emocjonalny człowieka. W dalszej perspektywie umożliwia zmianę nawyków i poprawę jakości życia.

Aplikacja powstała w oparciu o aktualną wiedzę naukową. Przeznaczona jest zwłaszcza dla osób z zaburzeniami nastroju, cierpiących z powodu lęków, stresu, stanów depresyjnych. Program bada nastrój za pomocą 40–sekundowego testu oraz pytań dodatkowych. Po zestawieniu danych można zobaczyć, jak zmieniało się samopoczucie w zależności od miejsca, czasu i pogody. Aplikacja zbiera pomiary od wszystkich użytkowników, tworząc ich bazę, nazwaną Quantum Machine. Już po 3 tygodniach korzystania z „How are you” u użytkowników widać poprawę nastroju średnio o 18%.

Zespół pracuje nad drugą aplikacją, która będzie monitorowała powody spóźniania się oraz ułatwiała utrzymanie punktualności. W przyszłości ekipa chce stworzyć platformę internetową z całym pakietem bezpłatnych aplikacji – z serwisu będzie można korzystać po opłaceniu abonamentu. W planach są także rozwiązania dla biznesu, które pozwolą określić odczucia ludzi związane z konkretnym produktem lub reklamą.

KP

Źródła:
http://pierwszymilion.forbes.pl/quantum-lab-chce-zarabiac-na-wiedzy-o-ludzkich- nastrojach,artykuly,169367,1,1.html
http://biznes.trojmiasto.pl/Kwantyfikuja-emocje-i-nawyki-w-poszukiwaniu-szczescia- n72614.html#tri