Uzdrowisko w bibliotece

Czytanie utrzymuje mózg w dobrej formie. Książki pomagają w poznaniu wielu nowych słów, zwiększają kreatywność, pobudzają wyobraźnię, pozwalają przeżyć przygody i dowiedzieć się czegoś nowego a sięgając po dobre książki pełne mądrości, możemy jeszcze poznać naturę człowieka i otaczającego nas świata. Wiemy, że takie książki znajdziemy w pewnym „uzdrowisku”.

Uzdrowisko w bibliotece

MOOC – Masowy Otwarty Kurs Online

„Człowiek uczy się przez całe życie”. Wielokrotnie słyszane przez nas sformułowanie, w dzisiejszych czasach stało się niemal obowiązkiem. Dostęp do wiedzy jednak stał się łatwiejszy, dzięki rozwojowi technologii i Internetowi. Powszechność, dostępność, oszczędność czasu ale również pieniędzy to tylko nieliczne argumenty przemawiające na korzyść nauki online. Jednak ilość dostępnych w sieci informacji, może sprawiać, że poszukując tego co jest nam potrzebne, zwyczajnie się zgubimy. Nawet dorosły człowiek potrzebuje czasem pomocy osoby, która zajmuje się profesjonalnym nauczaniem.

MOOC – Masowy Otwarty Kurs Online

Niesamowite pisanki z Bombkarni

Wielkanoc tuż-tuż. Pogoda bardziej nastraja nas na świętowanie Bożego Narodzenia niż Zmartwychwstania Chrystusa. Może pora wprowadzić się w wielkanocny nastrój poprzez nabycie ręcznie robionej polskiej pisanki?

Bombkarnia to wyjątkowe miejsce w Warszawie, które oferuje bombki, pisanki (artystyczne, drewniane, folk) oraz dekoracje świąteczne przez cały rok. W okresie zimowym pisaliśmy o produkcji oryginalnych i niepowtarzalnych bombek właśnie z Bombkarni – KLIK . Co najistotniejsze, wszystkie ozdoby pochodzące z kolekcji polskiej firmy są wykonywane ręcznie przez polskich artystów plastyków, dzięki czemu podtrzymują tradycję polskiego rzemiosła artystycznego. Od lat inspiracje do projektów czerpią z bogactwa polskiego folkloru, przede wszystkim wzorów pochodzących z ludowych tkanin i papierowych wycinanek, a także z dawnych ubiorów regionalnych. Znajdziemy również inspiracje ze sztuki polskiego baroku, której najpiękniejsze przykłady zaczerpnięte z malarstwa, tkanin i polskiego stroju narodowego zyskują drugą młodość na bombkach i pisankach. Nieodmienną inspiracją są także światowe trendy. Co roku bombkarnia przygotowuje dwie kolekcje, wiosenną i zimową, zgodne z lansowaną na zagranicznych targach kolorystyką i techniką zdobienia. Wszystkie produkty cechuje najwyższa jakość ręcznego wykonania, przez co zwykły uchodzić za ekskluzywne i niepowtarzalne.

Za sukcesem działającego od 2006 r. sklepu stoi jego właścicielka i pomysłodawczyni projektów Małgorzata Esse. To dzięki jej zaangażowaniu powstały pierwsze bombki i pisanki promujące polską sztukę ludową, dotąd nieobecne na rynku. Do najważniejszych osiągnięć Małgorzaty Esse należy zaliczyć fakt współpracy z Kancelariami – Premiera, Prezydenta, Sejmu i Senatu, dzięki czemu pochodzące z Bombkarni ozdoby były niejednokrotnie wręczane podczas spotkań dyplomatycznych, m.in. Barackowi Obamie, Nicolasowi Sarkozy’emu.

m513.Pisanki
Skąd pomysł na taki biznes?

,,Moja mama, z wykształcenia etnograf, przed laty prowadziła galerie Cepelii, a następnie własną galerię sztuki użytkowej, w której sprzedawano ręcznie wykonywane przedmioty, często o charakterze ludowym. Haftowane kaszubskie obrusy, łowickie i kurpiowskie wycinanki to przedmioty, wśród których dorastałam i które ukształtowały moją estetyczną wrażliwość, choć w przypadku strojenia choinki pozostawałam konserwatystką, stawiając tradycyjne szklane bombki ponad słomkowe gwiazdki i aniołki, które ceniła mama. Pracując już razem w galerii, w okresie świątecznym, wprowadziłyśmy do oferty także polskie bombki i pisanki. Najmilej wspominam ówczesne wycieczki do wzorcowni w fabrykach bombek, miejsc absolutnie magicznych, do których wstęp zarezerwowany był tylko dla kontrahentów, głównie z Ameryki, którzy wykupywali na pniu cały towar. To wtedy zaczęła mi świtać myśl otworzenia całorocznego sklepu z bombkami, by każdy w Polsce miał do nich dostęp. Choć pomysł wydawał się szalony, widywałam wcześniej podobne sklepy w Austrii i Niemczech” – tłumaczy właścicielka Bombkarnii Małgorzata Esse

Początki zawsze są trudne.

M.E.: Oczywiście początki nie były usłane różami. Największym problemem było zdobycie towaru. Fabryki oferowały albo niesprzedane Amerykanom końcówki kolekcji, albo możliwość zamówienia bombek w ilości hurtowej, po kilkaset sztuk z danego wzoru, a przecież nie o to chodziło w idei Bombkarni. Sklep ruszył w 2006 r., a pierwszym sukcesem były pochwały, jakie zebrały nasze bombki z Kolekcji Ludowej, których wzory oparte zostały na regionalnych haftach: łowickim, krakowskim i cieszyńskim. Zleciliśmy ich wykonanie nie tylko na bombkach okrągłych, ale także na sercach, parasolkach, serdakach, torebkach i bucikach – to był strzał w dziesiątkę! Bombki z polskimi motywami nie były dotąd dostępne na polskim rynku, a doskonale nadawały się na prezenty i pamiątki. Podbiły serca Polaków, polskich emigrantów i obcokrajowców, a Bombkarni pozwoliły rozwinąć skrzydła,,- wspomina polska przedsiębiorczyni.

Cierpliwość najwyższą z cnót, która pomaga odnieść sukces

,,Należy przede wszystkim uzbroić się w cierpliwość. Nie wszystkie przedsięwzięcia, a szczególnie te z misją, skazane są na szybki sukces finansowy. Warto zwracać się ku temu co polskie, bo Polacy to naród sentymentalny, szczególnie ceniący historię i tradycję. Przykład Bombkarni pokazuje, że na profity niekiedy należy nieco poczekać, ale później cieszą one tym bardziej, że oparte są po części na promocji polskiej sztuki i kultury,,.

Szczególnie kiedy możemy promować naszą kulturę w trakcie Świąt Wielkanocnych.

Pięknych i smacznych pisanek nie tylko z Bombkarni, ale i tych zrobionych własnoręcznie życzy team wearu… :)

K.H.

http://bombkarnia.pl/o-nas.html

http://deccoria.pl/warto-zobaczyc/artykuly–ta-produkcja-wymaga-wielkiej-cierpliwosci-i-precyzji-wywiad-z-malgorzata-esse,5,1061.html

Julia Ogrydziak – „polska Mozart”

Talent Mozarta, największego muzycznego geniusza, ujawnił się w wieku 3 lat. Tak samo było w przypadku polskiej skrzypaczki, kompozytorki i multimedialnej artystki Julii Ogrydziak.

Julia zaczęła grać na skrzypcach w wieku trzech lat. Gdy ukończyła szósty rok życia, po raz pierwszy wystąpiła solo. Występowała w całej Europie i Ameryce Północnej, m.in. na Schleswig-Holstein Musik Festival, Tanglewood i w Lincoln Center. Studiowała w Konserwatorium Muzycznym w San Francisco, New England Conservatory of Music oraz w Paryżu. Obroniła magistra z wyróżnieniem z kompozycji muzyki oraz z fizyki na Harvardzie. Na MIT (Massachusetts Institute of Technology) odebrała nagrodę AMITA dla najwybitniejszej absolwentki.

Julia Ogrydziak – „polska Mozart”

,,Niech nas zobaczą” – Karolina Breguła łamie stereotypy

Za „sztukę” uznaje się oryginalne i celowe działania twórcy mające wzbudzić emocje u odbiorcy z powodów estetycznych. Taki nadmiar emocji można sobie zafundować oglądając pracę młodej polskiej artystki Karoliny Breguły.

Karolina Breguła jest artystką multimedialną, autorką instalacji, happeningów, wideo i fotografii. Autorka głośnej pracy przeciwko homofobii i dyskryminacji „Niech nas zobaczą” jest również laureatką nagrody Samsung Art Master wyłaniającej najzdolniejszych młodych twórców. Została nominowana do konkursu „Spojrzenia” oraz wzięła udział w wystawie w Pawilonie Rumuńskim na 55. Biennale Sztuki w Wenecji.

W szkole podstawowej, gdy jej koleżanki grały w klasy, przyszła artystka uczyła się szwedzkiego z kaset magnetofonowych. Po roku na anglistyce, wyjechała do Sztokholmu, gdzie szlifowała język, dorywczo pracowała jako niania do dzieci oraz studiowała fotografię. Po kilku latach wróciła do Polski i rozpoczęła naukę w Europejskiej Akademii Fotografii. Z Warszawy przeniosła się do łódzkiej Filmówki, gdzie obecnie robi doktorat. Tam spotkała jednego ze swoich mistrzów – Józefa Robakowskiego, który prowadził zajęcia z szeroko pojętych nowych mediów. „Robakowski nauczył mnie, że ważne jest to, żeby wiedzieć, co ma się do powiedzenia.” – wspomina Breguła. „Będąc w szkole filmowej, zaczęłam myśleć jak artystka, zrozumiałam, że fotografia może być czymś więcej niż rzemiosłem, wyuczonym fachem.”

Breguła nie boi się poruszać trudnych społecznie tematów. Po studiach zrobiła pracę „Niech nas zobaczą” (2003), którą umieściła na billboardach i przystankach autobusowych w przestrzeni kilku miast. Zdjęcia przedstawiały portrety par homoseksualnych trzymających się za ręce. „Ten cykl zrobiłam w odpowiedzi na istotny problem społeczny” – mówi. Akcja rozpoczęła szeroką debatę społeczną i była pierwszą w Polsce kampanią społeczno – artystyczną, mającą działać przeciwko homofobii i dyskryminacji ze względu na orientację seksualną.

W 2013 roku – jej film Fire Followers (2013), będący podsumowaniem dotychczasowych poszukiwań artystki na temat funkcjonowania sztuki w społeczeństwie, był pokazywany na 55. Międzynarodowej Wystawie Sztuki – la Biennale di Venezia. Film opowiada historię małego miasteczka, leżącego gdzieś w północnej Europie, które od niepamiętnych czasów regularnie ginie w pożarze. Jego mieszkańcy pozbywają się wszelkich łatwopalnych materiałów, w tym dzieł sztuki. Podejrzenie pada na tajną organizację historyków sztuki, którzy niszczą dziedzictwo, żeby zrobić miejsce dla nowej twórczości.

Karolina Breguła from Culture.pl on Vimeo.

Karolina Breguła miała liczne wystawy indywidualne w takich instytucjach, jak: Atlas Sztuki, Łódź, Galeria Archeologia Fotografii, Warszawa, Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia, Gdańsk, Galeria Wschodnia, Łódź, Galeria Szara, Cieszyn, Neues Rathaus, Gottingen, Landtag, Stadt- und Landesbibliothek, Potsdam, Jugendzentrum Glad-House, Cottbus, Börgeramt Innerstadt, Köln. Jak również wystawy zbiorowe w: Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, Warszawa, Kunstlerhaus, Dortmund, Galeria Uqbar, Berlin, Muzeum Narodowe w Warszawie, Galeria Bielska BWA, Bielsko Biała, Galleri 5, Stockholm.

K.H.

„Pyk i Łyk” – czyli coś więcej niż szotbar w warszawskich pawilonach na Nowym Świecie

Miejsce to nie należy do największych. Wchodzi się od razu na kontuar, jakby do mieszkania bez przedpokoju. I to jest piękne, bowiem już przed słowami powitania, wpadamy w ramiona gospodarzy, w krąg tańca i alkoholu. W okamgnieniu stajemy się nowym ogniwem korowodu szczęśliwości. Czy mały metraż nie daje się we znaki? Bynajmniej! Dzięki wysokiemu stropowi zapominamy o groźbie klaustrofobii. Wiszące krążki winylowe z czerwonymi nalepkami polskiej wytwórni płytowej MUZA, łączą się z bardzo sugestywnym graffiti po lewej stronie. Pociągnięcia sprayu o odcieniu pieprznej Bloody Mary przedstawiają gorzelnicze szaleństwo. Na co nam miłość, jeśli możemy wyciągnąć moc poezji z trunku naszych przodków! Oto jakie określenia znajdujemy w „Polskim słowniku pijackim” Juliana Tuwima: wódka, wódeczka, wódzia, wóda, wódziunia, wódziuchna, wódziula, wódziulka, wódzisko, wódeczność, wódiola… Gdyby Tuwim dożył naszych czasów, ująłby to wszystko w trzech sylabach: „Pyk i Łyk”. Ukochałby ten szotbar Jan Himilsbach, Ireneusz Iredyński, jak i Charles Bukowski, a właścicielce i barmance w jednej osobie – Darii Okrasie – wręcz padli by do stóp.

Stałym bywalcom zdaje się, że znają jej nawyki, poczucie humoru, momenty, gdy odgarnia falujące blond włosy i posyła im uśmiech. Jednak prawdą jest, że to tylko pierwsze strony partytury, wstęp do większego utworu. Co tak naprawdę jej w duszy gra? Gdzieś w tym trudnym do ogarnięcia wnętrzu musi wiać ciepły wiatr idący od morza Tyrreńskiego, który z samego rana ślizga się po wyżynnych pasterskich szlakach, popołudniem ociera o drzemiących mieszkańców, przechwytując przy okazji posmak bakłażana z przyrządzonej spaghetti alla Norma, zaś pod wieczór odbija na wschód by zanurkować w Etnie. Im głębiej wchodzi w wulkan, tym bardziej wytraca prędkość i częściej rozbija się o zastygłe skorupy lawy, by w końcu przemienić się w parę o zapachu ziemskiej roślinności. Aromat ten pobudza niepewną wieczność Hefajstosa z cudzołożną Afrodytą. Nastaje ognista noc. Subtelną muzykę ludową skrytobójczo uśmiercają nieoczywiste jazzowe improwizacje nowojorskich klubów bebopowych. Nurt rozprężenia burzą szaleńcze zrywy, jakby przewidywalny temat rozpadł się pod presją nieokiełznanego saksofonowego chorusu. Aż nagle wszystko cichnie, utopione w zagadkowej konsystencji zmrożonej Soplicy – wódki ciągnącej się bez końca… Nikt tak naprawdę nie wie, co skrywa w sobie właścicielka „Pyka i Łyka”.

Daria, właścicielka „Pyk Łyk”

Wyznała, że zaczęła pracować już pod koniec liceum, skupiając się na gastronomii. Wśród mnóstwa „pomysłów na siebie” nieustannie przyświecał jej jeden cel – własny biznes. Poza tym zadziałały inspiracje filmowe. „Popchnął mnie do tego film Wygrane marzenia”, rozpromieniła się sentymentalnie Daria Okrasa, po czym dodała: „Chciałam mieć taki bar i tańczyć jak bohaterki.” A bohaterkami były silne, atrakcyjne dziewczęta, zwane „kojotkami” – od nazwy baru „Coyote Ugly”, do którego szło się z intencją wypicia zimnego piwa i obejrzenia wieczornego występu barmanek, nie stroniących od drapieżności i prowokacji. Za każdym razem udowadniały, że nie dają sobie w kaszę dmuchać. Klienci płci męskiej właśnie za to je uwielbiali.

Daria Okrasa ma wiele wspólnego z filmowymi idolkami. Musiała znaleźć w sobie ogromne pokłady siły, by przystąpić do batalii z biurokratycznym systemem naszego kraju. Kraju, w którym trzeba mieć papier na wszystko: od kominiarza, strażaka…ech, długo by wymieniać.

„Pyk i Łyk” jest owocem jej odwagi i poświęcenia, jednak Daria nie lubi się z tym obnosić. Dużo w niej skromności. Warto dodać, że niezwykle ciężko byłoby znaleźć równie otwartą osobę. Jest wspaniałą rozmówczynią, a kiedy trzeba także cierpliwą słuchaczką ludzkich problemów. Często dopiero wzmożony ruch klientów przy barze przypomina jej, że jest w pracy, a nie na piwie z przyjaciółmi. Wytworzył się dzięki temu osobliwy sposób prowadzenia biznesu – bezstresowy, trochę spontaniczny, co nie znaczy że nie efektywny. Dowodzi temu chociażby ranking warszawskich szotbarów, przeprowadzony przez magazyn Example.pl. „Pyk i Łyk” uplasował się na drugim miejscu z liczbą 828 głosów. (uwiarygadniający link: http://www.example.pl/najlepsze-miejsce-na-shota-ranking-55080.htm)

Nikt nie inwestuje w drogą reklamę. Informacja o lokalu rozchodzi się pocztą pantoflową. „Klienci bardzo często przychodzą z polecenia. Właśnie o to chodzi, by każdy czuł się dobrze i przyprowadził kolejną osobę. W zasadzie jest się „na mieście”, ale robimy wszystko by nasi goście czuli się jak „na domówce””, wyjaśnia Daria, która zadbała także o bibliotekę „Pyka i Łyka”. Nieprzerwanie trwa akcja: jedna oddana książka = jeden shot za 1 grosz! A wszystko w imię kultury!

„Nie jestem jedyną matką sukcesu”, śmieje się Daria. „Przed otwarciem lokalu skonsultowałam istotne rzeczy z przyjaciółmi, radząc się ich w sprawach strategii działania, jak też samego wystroju. Muszę jeszcze wspomnieć o moim najukochańszym bracie, który wyręczył mnie w wymyślaniu haseł na fanowskich koszulkach, kubkach i torbach.” T-shirty oraz akcesoria „Pyka i Łyka” można nabyć na stronie: http://pykilyk.cupsell.pl/

Co do rodziców, to przez długi czas utrzymywała w tajemnicy prowadzenie szotbaru. Gdy wszystko wyszło na jaw, zadeklarowali swoje wsparcie. „Przychodzą zawsze na Sylwestra”, mówi Daria. Bez dwóch zdań muszą być z niej dumni! Natomiast my, redakcja Weare.pl cieszymy się, że przedsiębiorcza studentka pierwszego roku studiów magisterskich na kierunku resocjalizacji (wcześniej trzy lata socjologii na UKSW) udowadnia jedno – można rozwinąć interes także bez dyplomu uniwersytetu ekonomicznego! Wystarczy pomysł oraz samozaparcie. No i szeroki uśmiech, który nie opuszcza Darii nawet na krok.

MS